04.06.2021, 08:45

Jak o urodę dbały kobiety w PRL-u

Picie ziółek, wizyty u ulubionego fryzjera, pana Lucjana. Do tego zdobyty spod lady krem w niebieskim pudełeczku to były rarytasy i sposoby na urodę Polek w czasach PRL-u! Jak jeszcze Damy sobie radziły w czasach, gdy tusz do rzęs był tak gęsty, że trzeba było go rozrzedzać wodą…

Królowa dobrych rad!

Mistrzynią, która o pielęgnacji urody wiedziała chyba wszystko była Irena Gumowska, autorka kultowych książek w z tamtych lat, po które czytelnicy chętnie sięgają do dziś. W jednej z nich pt. „Wenus i atleta” pisała, że najważniejsze w dbaniu o dobry wygląd jest odpowiednie odżywianie. Dużo miejsca w swoich poradnikach poświęcała na „marne” paznokcie, włosy i kłopoty z otyłością. Gumowska pisała też o seksie, który sprzyja urodzie: Nie będziemy robić konkurencji dr Wisłockiej i innym specjalistom, bo my – spojrzymy na seks z punktu widzenia odżywiania. Co proponuje? Informowała obywateli, że do prawidłowego działania hormonów płciowych potrzebne są: białka, NNKT, witamina E, niektóre witaminy z grupy B i mikroelementy typu cynk. Na marne paznokcie polecała jadać desery z żelatyny i galaretki. A włosy, zdaniem Ireny Gumowskiej są najczulszym aparatem, który reaguje najszybciej na złe odżywianie. Pisała, że włosy zaczynają wypadać, gdy w diecie jest niedostateczna ilość witamin z grupy B, a ich siwienie często wywołane jest brakiem w pożywieniu: miedzi, kwasu foliowego i kwasu pantotenowego.

Ziółka i my

Irena Gumowska jest też autorką książki pt. „Ziółka i my”. We wstępie do niej pisze, że zioła to „babskie leki” i nadzieja na zdrowe i długie życie. Poleca uprawianie rzeżuchy w domu, bo doskonale działa na cerę i porost włosów za sprawą siarki, a bez niej włos nie wyrośnie. Zawiera też witaminę A, która chroni cerę przez różnymi wypryskami. Co jeszcze według Gumowskiej zapewnia urodę i dobry humor:

Herbatka rozweselająca z bazylii – 50 g suszonej bazylii zalać litrem wrzącej wody i zostawić pod przykryciem 10 minut. Odcedzić i pić po posiłkach, 3 razy dziennie. Można dodać do niej łyżeczkę miodu.

W Warszawie w PRL-u było kilkaset punktów typu zielarnia lub pijalnia ziół, gdzie przy wysokich stołkach siadały damy i popijały napary z pokrzywy czy innych ziół leczniczych, wierząc, że na przykład picie rozmarynu likwiduje zmarszczki. Zioła pomagają, są i były mądrością ludową – resztę czyni autosugestia. W końcu wiara czyni cuda…

Lata 60. – czas perfum

Zaraz po zakończeniu wojny, wraz z nacjonalizacją zakładów produkcyjnych, nastąpił gwałtowny rozwój przemysłu kosmetycznego. Wszystkie firmy zostały zjednoczone pod nazwą Pollena – najpierw jako Zjednoczenie Przemysłu Przetwórczo-Tłuszczowego, a później Zjednoczenie Przemysłu Chemii Gospodarczej. Dzięki temu, produkowane w nich perfumy typu „Pani Walewska”, „Być może”, czy też „Masumi” były w miarę dostępne w sklepach. Polki w tych siermiężnych czasach przynajmniej o flakoniki z zapachami nie musiały zabiegać. Można je było nabyć praktycznie w każdym kiosku z prasą.

Salon pana Lucjana – mężczyźni precz!

Salony fryzjerskie w komunie to była klasyka. W całym zakładzie unosił się zapach perfum, acetonu i octu. Pan Lucjan, Krzysztof czy Przemysław to byli bogowie-mistrzowie, którym oddawało się swoją głowę z radością, bo kobiety wiedziały, że to fachowcy! Wzięci fryzjerzy mieli pełne poczucie swojej społecznej misji. Byli oni głęboko wtajemniczani w problemy życia. Mawiali: Fryzjer, który nie potrafi z klientką rozmawiać, nie umie czesać. Jak pisał warszawski kronikarz tamtych czasów, Olgierd Budrewicz: Modny warszawski cyrulik posiada szerokie rozeznanie sytuacji obyczajowej, układów towarzyskich i stanu majątkowego dużej części high life’u i middle class stolicy. Budrewicz podkreśla, że dawniej do fryzjera przychodziły kobiety zamożne, nie pracujące, a w PRL-u salon fryzjerski odwiedzały całkiem skromnie zarabiające urzędniczki i uczennice gimnazjum. Fryzjer musiał ustalić zanim zabrał się do czesania, kim zajmuje się klientka, by dobrać jej odpowiednio fryzurę. Zdarzało się, że do zakładów fryzjerskich przychodziły po trzy pokolenia jednej rodziny, a także rozmaite osoby związane ze sobą towarzysko, więc jak donosi kronikarz, fryzjerowi: nie brakuje okazji do zebrania cennych informacji, kto jest głupi jak but, kto się puszcza i za ile. No, i kto ma dziesięć lat więcej niż mówi. Kobiety bardzo nie lubiły, gdy do salonu fryzjerskiego wchodził mężczyzna. Podobno czuły się wtedy bezbronnie i śmiesznie…

Kultowy kremik spod lady

Wspominając peerelowskie produkty związane z pielęgnacją i urodą, nie sposób pominąć kultowego kremu Nivea, którego historia sięga znacznie głębiej – bo jeszcze czasów zaborów Polski. Za tym produktem stoi gliwiczanin żydowskiego pochodzenia, Oscar Troplowitz, który w 1886 r., po zakończeniu studium farmacji, przeprowadził się do Poznania. W Polsce szczególnie w latach 60., kiedy to coraz więcej kobiet czuło się wolnych i wyzwolonych, sięgało po ten specyfik, który pachniał zachodem. Przeglądając magazyny z lat 60-tych i 70-tych widać, że panuje era seksapilu, a bikini stają się coraz skąpsze, więc Polki namiętnie korzystają z tego kremu, który ponoć nawilżał skórę i chronił przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych. Szczególnie, że coraz popularniejsze były plaże nudystów. "Jak co roku w Chałupach, gdy zaczyna się upał. Słychać wielki szum, można spotkać golasa" - śpiewał Zbigniew Wodecki w 1985 roku.


Txt: Kasia Krauss
Foto: NAC

 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X