10.03.2021, 08:45

„Florystyczny romans peonii z hortensją”

Dzień Kwiatów to projekt, do którego fotografka Katarzyna Sołtys zaprosiła ponad 20 kobiet, aby w kadrze opowiedzieć ich historie poprzez metaforyczną, kwiatową odpowiedź na pytanie "Jaką sobą jestem? Jakim kwiatem jestem?". Poznajcie różne odsłony kobiecości opowiedziane kwietnym obrazem.

Czym dla mnie jest kobiecość? Czy to, co myślę o sobie samej jest zgodne z moim czuciem, czy raczej porwana z prądem mainstreamowych obrazków kreuję siebie pod dyktando trendów? Epokowo obserwowaliśmy wzorce kobiece promowane przez możnowładców i malarzy będących na ich usługach. To, co podobało się mężczyznom w danym momencie historii, było przelewane na płótno. Tak oto mamy damy z łasiczkami, rafaelickie madonny, rubensowskie krągłości, chagallową matrioszkę w wersji RTG czy picassowe zezowate koślawce (którym bynajmniej nie odbieram należnych zachwytów). Tu i ówdzie przebijały się wizerunki kobiet wychodzące spod damskiej ręki, w większości trzymające się narzuconego aktualnie nurtu, aby utrzymać ich autorkę przy życiu. Nieliczne w historii olejowe selfie bez filtra zawartą w sobie emocjonalnością zachwycają do dziś. Taką prawdę i emocje chciałam opowiedzieć o sobie. Nagą, niezmąconą kulturowym jarzmem spójności z instagramowym wzorcem. Taką mnie miała zogniskować w obiektywie autorka, dodając do tego jedynie filtr swojej emocji włożonej w projekt Dzień Kwiatów. 

Kiedy dotarłam na miejsce, z pękiem ziół w rękach, obładowana kufrem wizażowym i torbą akcesoriów, zastałam dwie roześmiane dziewczyny bawiące się spojrzeniem w obiektyw Kassola. Pamiętam, że poczułam ciepło i sympatię. Nie znałyśmy się, bo w projekcie brały udział bardzo różne kobiety, zaproszone według klucza wiadomego tylko Kassolowi. Jedno jest pewne, każda z nas reprezentowała inną energię, każda wniosła do tego projektu zupełnie inną wibrację, każda też pokazała coś zupełnie innego na swojej fotografii.

W zalewie unifikacji wizerunku, kiedy szczególnie w social mediach uderza nas podobieństwo wypełniaczowego sisterhoodu, ta różnorodność jest ożywczym powiewem świeżości.

Przez całą sesję obserwowałam przewijające się dziewczyny, które miały urocze nierówności, roześmiane zmarszczki, wąskie rozgadane usta. Patrzyłam na własne fałdki i rozstępy, na smukłe ciała nowopoznanej joginki i koleżanki tancerki, na tatuaże własne i cudze, kryjące opowieść życia, i niezapisane bladoróżowe pergaminy ciał owinięte ręcznie malowaną tkaniną, stanowiącą tło naszych historii. Poczułam jeszcze dobitniej, że jestem częścią czegoś bardzo wyjątkowego.

Brałam udział w wielu sesjach fotograficznych, stojąc po obu stronach aparatu, pozowałam, malowałam, asystowałam. Zazwyczaj jednak wraz z modelkami realizowałam wizję fotografa i stylisty sesji. W tym projekcie na starcie pojawiła się do odrobienia praca domowa… Każda z nas miała wnieść do tej sesji własną prawdę o sobie samej. Kassol postawiła nas przed wyzwaniem, skłaniając do zastanowienia się, jaki kwiat najbardziej mnie reprezentuje, w jaki sposób chcę poprzez ten kwiat wyrazić siebie.

To nie było łatwe… dla naszych przodków kwestia rośliny i zwierzęcia mocy była zupełnie normalną rzeczą. Totemicznym wsparciem. Dzisiaj, poruszając z kimkolwiek ten temat, zazwyczaj spotykam się z lekką kpiną, czasami zdumieniem, w dużej mierze z zaskoczeniem i ciekawością. Niewiele osób zna i czuje ten temat od razu. Nasze atawistyczne umiejętności umacniania siebie elementami natury drzemią zagrzebane pod wielowarstwowym wygłuszaczem współczesności.

Roślina mocy?

Kiedy rozbudzały się we mnie wiedźmie korzenie, wyssane z żeńskiej linii rodu i po raz pierwszy usłyszałam o roślinie mocy, poczułam, że jako rasowa zielara muszę ją odkryć teraz, już, natychmiast. Od dawna byłam już zaprzyjaźniona z moją podświadomością i wchodzeniem w stan wizyjny, więc udałam się na piękny spacer, aby odkryć, która z zielonych dew jest moją siostrą, która z nich reprezentuje to, co mnie wzmacnia, co uzupełnia moje deficyty.

Wchodząc po raz pierwszy w medytację ukazującą roślinę mocy, nie miałam świadomości, jak ważną i cenną lekcją będzie to dla mnie. Najważniejszym odkryciem było powtórzenie jej i zrozumienie, że podobnie jak emanacje energii zwierząt mocy, dewy roślinne, opiekujące się nami, zmieniają się w zależności od naszej kondycji psychicznej, emocjonalnej, od miejsca i czasu, w którym jesteśmy. Ewoluują i wymieniają się zgodnie z tym, czego na dany moment potrzebujemy.

Energia wszechświata, kiedy się na nią otworzymy, wypełnia naszą przestrzeń tym, czego nam najbardziej brak. Zgodnie z powyższym moje rośliny także zmieniały się na przestrzeni lat. Zawsze trafiając idealnie w punkt z niesionym przekazem i mocą. Kiedy więc Kassol postawiła przed nami zadanie "wybierz swój kwiatek", sięgnęłam do wnętrza, aby poczuć, co obecnie mnie wspiera i reprezentuje. Po wielu życiowych zakrętach i zmianach, po przekroczeniu progu kolejnego dziesięciolecia mojego istnienia, we wciąż świeżej, ale odwiecznej i codziennie budowanej relacji, w nowej odsłonie dojrzałego podwójnego macierzyństwa, wreszcie w trudnej społecznie sytuacji pandemiczno-prawno-polityczno-mentalnej. Weszłam na ścieżkę wizyjną i pojawiły się wrzosy, od zawsze wcieleniowo obecne, współistniejące we mnie od celtyckich łąk i ołtarzy. Pojawiła się nieśmiertelna magnolia, towarzysząca mi wraz z lisem – taka moja, najbliższa, uwieczniona na moim ciele w przepięknym obrazie.

Poczułam, że to nie to, że po pierwsze mamy przedwiośnie, więc wrzosy i magnolie są poza zasięgiem, po drugie, że to nie o nich jest teraz najsilniej moja kobiecość. Kontynuowałam spacer, aby poczuć pełnię i wtedy je zobaczyłam… w ramach poczucia humoru wszechświata, chwiały się przede mną oba, od jakiegoś czasu obecne na planie fizycznym, ale wciąż nie do końca oswojone, jeden do niedawna uważałam za lekko "babciny", drugi za "w sumie piękny ale nadęty". Hortensje i peonie-piwonie. Takie dawniej nie moje, a od jakiegoś czasu bardziej moje niż cokolwiek.

Znaczeniowo, wrzucone w wyszukiwarkę, oba jawią się dość podobnie. Pierwsze co się pojawia, to miłość, małżeństwo, szczęście, sukces, bogactwo. Hmmm, dewy wspierające i uzupełniające deficyty…

Peonie

Wielowarstwowe, pełne kule, zbyt wrażliwe by zakwitnąć w pierwszym roku czy dwóch od zasadzenia, ale lojalne na lata, potrafią kwitnąć w ogrodzie kilkanaście lat z rzędu bez konieczności ingerencji, przesadzania i zmiany.

Nazywane różami bez kolców, hodowane od tysięcy lat. W starożytnych Chinach przekazywane jako element posagu o wielkiej wartości. Mające boskie pochodzenie, przypisywane Apollinowi, zamienionemu w kwiat peonii przez Zeusa, który chciał w ten sposób uchronić Apollina przed gniewem i zazdrością jego nauczyciela, Asklepiosa, lekarza bogów, zazdrosnego o sukcesy ucznia.

Peonia ma moc uzdrawiania. Wierzono, że wspiera gojenie ran, jest skutecznym lekarstwem na epilepsję, chroni przez urokami i obłędem. Stoi na straży naszego zdrowia psychicznego. Wiemy, że wywar z jej korzeni wspiera pracę jelit i układu trawiennego, działa kojąco i łagodząco poprzez zmniejszenie napięcia mięśniowego, zaś płatki, podobnie jak kwiaty wrzosów, wspierają nerki i układ moczowy.

Takie subtelne przejście od metaforyki do perystaltyki. Moje wiedźmie skrzywienie i poczucie, że symbolika jest równie ważna jak, wydawać by się mogło, trywialne, codzienne potrzeby ciała - dlatego warto nie tylko posłuchać, co mówi piwonia, ale też zaprzyjaźnić się z nią w fizyczny sposób. Wsłuchując się w jej szept, wyłapiemy kilka kluczowych wątków, składających się na bajkowe "i żyli długo i szczęśliwie".

Egzaltowana, napuszona różowa kuleczka czy delikatna, wielowarstwowa i wielowymiarowa subtelność? Wciąż nie mogę się zdecydować, co z piwonii przyciąga mnie do niej najbardziej… Z pewnością dojrzałam do jej klasycznej elegancji. Na co dzień potargana głowa i tatuaże, stanowią jedną z moich twarzy. Mam ich wiele. Od zawsze czułam i wiedziałam, że mogę być każda, że nie chcę ograniczać się do jednego wizerunku, który będzie mnie w jakiś sposób definiował.

Chcę móc wyrażać się słowami i działaniem.

Chcę móc realizować swoje pasje i kreatywność.

Chcę być kobietą, żoną, matką, kochanką, przyjaciółką, koleżanką, terapeutką, artystką, rzemieślniczką.

Patrząc na te słowa, jak układają się na ekranie, najchętniej zedytowałabym tekst w taki sposób, aby przenikały się wzajemnie, nie wyprzedzając się, nie wybijając na pierwszy plan żadnej z ról, żadnego z równorzędnych kawałków mnie.

Nie jest prawdą narzucana nam przez stulecia klamra losu kobiety zamknięta w jednej z szufladek - jeżeli wybrałaś ścieżkę "a", to…

Jestem dzieckiem indygo. Jestem każda. Jeżeli wybrałam ścieżkę "a", to za chwilę mogę przeskoczyć na "b", "c", "d"...

I tu pojawia się hortensja, kwiat szacunku, miłości, rodziny

Wielokwiat, który pojawił się, aby wspierać mnie w równowadze pomiędzy moją wojowniczą naturą, walczącą o wolność duszy, o prymat światła i prawdy, a codzienną troską o rodzinę, o szacunek, o oddanie bliskim. Pokazująca mi, że chociaż zeszłam wcieleniowo, aby wspierać inne dusze, mogę walczyć, jednocześnie nie gubiąc bliskich, nie tracąc z oczu rodziny i tych, którzy najbardziej mnie kochają. Przekleństwem, z którym się wszyscy zmagamy, jest branie za pewnik i zaniedbywanie tych, którzy są nam najbliżsi. Wielokwiat uczy różnych rodzajów miłości i pomaga nie tracić jej z oczu.

Moja kobiecość rozkwita w miarę upływu lat, wzbogacana przez każde nowe doświadczenie. Pełna jest skaz, zmarszczek, błędów i rozstępów, ale jednocześnie jest wyrazista i barwna. Mam w sobie moc, nie tracąc nowoodkrytej delikatności. Mam siłę i umiejętność ochrony bliskich mi po krwi i z wyboru. Mam umiejętność łączenia i wyrażania wielu rodzajów miłości. Wyzbyłam się wstydu. Szczególnie tego przed wyrażaniem siebie.

Być może po przeczytaniu tego tekstu ktoś poczuje, że ckliwe to i nadęte, jak ta puchata różowa peoniowa kulka – takie prawo każdej istoty, de gustibus non disputandum est. W odpowiedzi, jeden pączek wielokwiatu hortensji zachowuję dla deficytów ludzkich i braku zrozumienia.

Siadając przed komputerem, miałam zupełnie inny plan. Myślałam, że napiszę tutaj o targających mną emocjach, zaangażowany społecznie tekst o wyborach, o prawie do wolności etc., ale nie o tym była moja sesja.

O prawie do wolności, o godności kobiety, o jej sile i walce mówię i piszę na co dzień. Poczułam, że na zdjęciu chcę pokazać pełnię kobiecości, która ma u mnie przede wszystkim oblicze miłości. Wielorakiej. Wielowarstwowej. Wielokwiatowej.

Txt: Matylda Jagłowska

Projekt „Dzień Kwiatów” Katarzyny Sołtys, Kassol Photography powstał z myślą o dniu kobiet, aby dać przestrzeń zaproszonym dziewczynom, na wyrażenie swojej kobiecości, opowiedzenie swojego kawałka historii. W zamyśle związany z tym dniem, w miarę dojrzewania wizji artystycznej autorki i jego uczestniczek, ewoluował i rozciągnął się w czasoprzestrzeni.

 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X