12.05.2021, 08:45

Było, nie było… Ale kino! Czy pamiętamy dawne kina?

Do dziś pamięta je dobrze pokolenie lat 50., 60., 70. i 80. Kina epoki PRL-u miały swój klimat, politykę, repertuar. Z dzisiejszej perspektywy mogą wydawać się ubogie i siermiężne, ale jednak na swój sposób klimatyczne. Z sentymentem wspominają je ówcześni bywalcy. Lecz współcześnie odkrywa je również młode pokolenie za sprawą ludzi, wydarzeń i Internetu.

Dawne kina, powojenne, były socjalistyczne, istniały na miarę ówczesnych czasów. Miały widzów, pracowników i pasjonatów. Mimo że lwiej części z nich już nie ma, to jednak obecnie ten temat powraca.

O dawnych kinach współcześnie

W 2019 roku Fundacja Rzeszowska, w ramach projektu kulturalno-edukacyjnego wydała  multimedialną publikację pt. „Kino, którego nie ma”  poświęconą dawnym, przed- i powojennym kinom, które niegdyś istniały w Rzeszowie. Autorka powyższej publikacji odkryła, że w tym mieście, od początku XX wieku istniało ponad 20 kin – przyjezdnych i stałych. Katarzyna Hadała – była dziennikarka radiowa zainteresowała się dawnymi kinami z powodu przygotowywanego reportażu, z dziennikarskiej ciekawości. Lata pracy nad zgłębianiem wiedzy w tej kwestii zaowocowały unikatową książeczką, w której są zgromadzone m.in. wspomnienia osób bezpośrednio i pośrednio związanych z tymi miejscami. Na tej podstawie oraz dzięki nielicznym urzędowym dokumentom autorka zrekonstruowała obraz dawnych rzeszowskich kin.

To właśnie ludzie tworzyli tamte kina i ocalili od zapomnienia.

W wymienionej książeczce są to m.in. Barbara – urzędniczka, Józef i Rafał – kinooperatorzy, Roman, „Kinomana” – widzowie, Anna – lektorka, Grażyna – dyrektorka kina, Marek – właściciel kina czy Ryszard – rysownik kinowych plakatów.

BARBARA. Do kina trafiła przypadkiem. Najpierw jako urzędniczka przygotowywała m.in. protokoły z posiedzeń partii. Pewnego razu podczas jednego z takich zebrań w ówczesnym zakładzie pracy Barbary, urzędnik z Komitetu Wojewódzkiego PZPR zapytał ją, czy chciałaby pracować w kinie. Najpierw zajmowała się kontrolą kin, potem awansowała na kierownika zespołu kin. Do dziś pamięta jak z mężem Józefem transportowali węgiel z kotłowni kina „Zorza” do kina „Goplana”, bo wtedy zima była sroga, a malutka, prowizoryczna „Goplana” nie dostała przydziału opału. To kino mieściło się w budynku  Straży Pożarnej. Były tam piece kaflowe, czerwone fotele i drewniane krzesła. Na piętrze – biblioteka. Barbara pamięta jak zabiegano o widzów, aby zrealizować plan frekwencji, pamięta Poranki filmowe, Dni Filmu Radzieckiego, Polskiego, wielkie premiery typu “Krzyżacy” i małoletnich widzów, uczniów, którzy w pierwszy dzień wiosny rzucali się na sali kinowej kefirami i słonecznikiem.

JÓZEF. Był głównym kinooperatorem. Najpierw pracował w „Apollo”, potem w „Zorzy”. Kilka dni przed likwidacją rzeszowskiego „Apollo” przyszedł do niego jeden ze stałych widzów. Prosił o jakąś  symboliczną pamiątkę po tym kinie, jakąś jego część. Wśród kinowych rzeczy przygotowanych do wyrzucenia Józef znalazł plan ewakuacji kina. Formalnie „Apollo” przestało istnieć w prima aprilis, 1 kwietnia 1991 r. Taki nieśmieszny żart. Właściciele kamienicy na Dymnickiego dopięli swego. Efektu nie przyniosły żadne propozycje ze strony zarządzających „Apollo”. W lokalnej prasie napisano o “pogrzebie kina”, któremu nikt nie pomógł. Wcześniej, przez lata w tej “kinowej” kamienicy istniały inne kina – „Olimpia” (otwarta w 1911 roku) i „Wanda”. Gdyby rzeszowskie „Apollo” istniało do dziś, byłoby drugim, po szczecińskim kinie „Pionier”, najstarszym kinem na świecie. Mieszkańcy Rzeszowa mawiają z sentymentem, że „Apollo” istniało od zawsze…

RAFAŁ. Po przejściu na emeryturę, po ponad 40 latach pracy rzeszowski kinooperator wytatuował sobie na ramieniu Krzyż Maltański z taśmą filmową i datami: 1973 - 2015. Zaczynał w kinach objazdowych. Potem było m.in „Apollo”, „Goplana” i „Zorza”. Mówi o sobie “kiniarz”. Do kina chodził jeszcze jako dziecko, z ojcem na niedzielne Poranki filmowe. Zawsze interesowało go to, co działo się w kabinie. Jako młody chłopak zbierał i sprzedawał butelki, żeby móc zarobić na bilet do kina. Pracował w dziwnych czasach, gdy kina były dofinansowywane przez państwo, a wysokość przydzielonych funduszy zależała od frekwencji - realnej i prognozowanej. Wspomina jak pracownicy dostawali bilety, ale za wyprzedane była premia. Repertuar często nie kusił, więc oddawali swoje, jako sprzedane. Kiedyś do kina „Zorza” na kwadrans przed seansem przyszedł lekarz. Nad drzwiami wyświetlała się czerwona lampka informująca o braku biletów, ale on dostał bilet pracowniczy kinooperatora. Wszedł na salę i… Zobaczył kilkadziesiąt wolnych miejsc.

“POMIDOR”. Był bileterem w kinie „Przodownik”, „Apollo” i „Zorza”. Bardzo rygorystycznie przestrzegał ograniczeń wiekowych widzów na poszczególnych seansach. Ksywka przylgnęła do niego po jednym z seansów, kiedy ludzie rzucali się pomidorami. Jeden niespodziewanie trafił w biletera. Na co dzień „Pomidor” sprzedawał jarzyny i jajka na miejskim skwerze. Zanim trafił do kina był pracownikiem w Biura Ochrony Rządu. Widzowie często robili sobie z niego żarty. Stylizowali się na starszych, żeby wejść na film dla dorosłych, chowali się na sali za krzesłami i głośno krzyczeli w trakcie seansu, a bileter biegał z góry na dół szukając sprawców.  

GRAŻYNA. Późniejsza dyrektor kina „Zorza” w Rzeszowie nieraz ubierała buty na bardzo wysokich obcasach i robiła bardzo intensywny makijaż, żeby jako niepełnoletnia móc obejrzeć w kinie film „Andżelika i piraci”. Dyrektorka  „Zorzy” – najważniejszego kina Rzeszowa, istniejącego do dziś, nie może zapomnieć jednych z ostatnich Konfrontacji filmowych. Te projekcje emitowane w czasach PRL-u były jedyną możliwością poznania np. zachodnich produkcji. Raz w roku władza dawała obywatelom taki luksus. Nie ingerowała w nie cenzura, ale… Zdarzało się, że logistyka zawodziła i konfrontacyjna produkcja nie przybyła na planowany czas seansu.  W niedzielny poranek kobieta pojechała na dworzec PKP odebrać rolki filmowe „Kino Paradiso”. Okazało się, że film nie przyjechał, mimo że podobno został wysłany z warszawskiej Centrali do Rzeszowa. Zdesperowana zadzwoniła na Dworzec Centralny. Dyżurujący wyjaśnił, że winda zepsuła się, dlatego film nie został nadany, ale czeka do odbioru na warszawskim dworcu. Tym razem uczestnicy rzeszowskich Konfrontacji  byli bardzo niezadowoleni. Nikogo nie interesowała logistyka transportu rolek filmowych.

ANNA. Kiedy w Rzeszowie rozpoczęły się Konfrontacje, Annie zaproponowano czytanie list dialogowych do danego filmu. Kobieta była spikerką radiową, miała doświadczenie w pracy z mikrofonem, ale z mikrofonem w kinie… Tego dotąd nie robiła. W 1985 roku poszła na przesłuchanie. Udało się. Podczas seansu Anna siedziała w malutkiej kabinie z mikrofonem. Od publiczności oddzielała ją kotara. W słuchawkach miała dźwięk filmu, przed sobą - obraz. Początki tej kinowej profesji wspomina jako wielkie przeżycie. Bo to były czasy radiowe. Ludzie słuchali radia i znali głosy spikerów. Gdy podczas jednego z seansów zaczęła czytać listę dialogową z sali rozległy się gromkie oklaski. Owacje były tak donośne, że kinooperator aż wstrzymał emisję produkcji. Jakiś widz krzyknął: ”To dla ciebie Aniu!”

RYSZARD. W czasach PRL mieszkał na rzeszowskim osiedlu robotniczym. W pobliżu było kino „Przodownik” i „Mewa”. Do dziś pamięta jak wchodzili tam z kolegami przez okno, od strony ekranu. Czasem udawało im się przemknąć na miejsca dla widzów, ale najczęściej oglądali film zza kulis. Później jako rysownik pracował w budynku kina „Zorza”. Był po liceum plastycznym, a kolega powiedział mu, że w Okręgowym Przedsiębiorstwie Rozpowszechniania Filmów (OPRF) potrzebują plastyków. Pracował od 1973 roku w ówczesnym dziale reklamy. Wtedy dużo się rysowało. Najpierw gruntowało się plansze kinowe. Potem pisało się na nich. Stały w specjalnych stojakach na terenie miasta. Samodzielnie przygotowywano też repertuary kin. “Janosik”, “Ojciec Chrzestny” – takie produkcje nie potrzebowały jednak reklamy. Widzowie i tak przychodzili. 

“KINOMANA”. Wołano na nią też “babka-kinomana”. Bezdomna kobieta non stop tkwiła przed kasą biletową kina „Zorza”, biła widzów parasolką i głośno krzyczała. Czasem tam spała. Rano wypuszczała ją pani sprzątająca i wietrzyła salę. Tamtejsi widzowie żartują, że była niezależna, bo niezależnie co grali, czy były bilety czy nie, ona wchodziła i w rzeszowskiej „Zorzy” oglądała, co chciała. Często widywano ją jak z całym ekwipunkiem przemierzała trasę od kina „Apollo” do „Zorzy”.

MAREK. Ten animator kultury, miłośnik kina i twórczości Marka Piwowskiego pod koniec lat 90. w centrum Rzeszowa założył kino-knajpę. Nazwał ją Rejs na cześć polskiej produkcji wymienionego reżysera. Wcześniej mężczyzna współpracował z zakładowym kinem Mewa. Ale czy „Rejs” to naprawdę było kino?  Lokal składał się z dwóch pomieszczeń. Był bar i salka na kilkadziesiąt osób, gdzie wyświetlano projekcje filmowe. Było to też miejsce koncertów muzyki progresywnej. Gdy je otwarto, prasa pisała, że w Rejsie będą pokazywane filmy trudne i niezależne, na których jednak nie da się zarobić. Odwiedzali je ludzie undergroundowi. Właściciel był wówczas podobno jednym z pierwszych, który miał profesjonalny komputer do montażu filmów i z tego zaczęli korzystać niezależni twórcy. Marek wynajmował kinowe pomieszczenia od miejskiego teatru. Ówczesnego dyrektora instytucji drażniło uciążliwe sąsiedztwo, ale przede wszystkim niewywiązywanie się najemcy z opłat wynajmu. O likwidacji przesądziła ekonomia.

Dawne kina nie przemijają

Obecnie ten fragment historii kultury z PRL-u interesuje, staje się modny, trafia do współczesnych odbiorców za pomocą nowoczesnych technologii, a nawet pojawia się w mediach społecznościowych. Przykładem tego jest facebookowy profil “Kino.Przyjechało”. Założył go wrocławianin Piotr Lis. Na co dzień zawodowo zajmuje się projektami miejskimi. Dawnymi kinami zainteresował się w 2008 roku, gdy we Wrocławiu działały jeszcze kina „Lalka” i „Lwów”. Był tam na kilku seansach przed likwidacją i zwykle, jak wspomina, jako jeden z nielicznych widzów na sali.

- Kiedyś przeprowadzałem kwerendę w innym temacie - opowiada twórca “Kino.Przyjechało”. - W jednym z wrocławskich dzienników z początku lat pięćdziesiątych natrafiłem na reportaż o kinach objazdowych. Potem zacząłem zbierać artykuły o wrocławskich kinach, przeglądać repertuary, robić listy nieistniejących kin. Siłą napędową tych poszukiwań była moja ciekawość. Czytałem m.in. prasę specjalistyczną dla kinooperatorów, szperałem w archiwach państwowych, kupowałem zdjęcia na aukcjach internetowych. Zbierałem materiały o kinach objazdowych. Próbowałem układać opowieści o zmotoryzowanych kiniarzach. W ubiegłym roku stwierdziłem, że muszę odnaleźć również ludzi, którzy w tych kinach pracowali. Zwykle stali schowani w cieniu projektora – wyjaśnia. Piotr wierzy, że jest jeszcze wiele wspaniałych, nieodkrytych kinooperatorskich historii. W 2020  roku udało mu się odnaleźć ponad 20 kinooperatorów. Przemierzył kilka tysięcy kilometrów, aby do nich dotrzeć. Na fanpage’u prezentuje ich opowieści oraz unikatowe obrazki peerelowskich kin. Jedną z nich jest na przykład pierwsze, kupione przez Piotra na aukcji zdjęcie kina objazdowego w Krakowie. Widać na nim samochody – „objazdówki” ustawione w rzędzie, na ulicy Straszewskiego obok Filharmonii Krakowskiej. Obok mieścił się Okręgowy Zarząd Kin. Nysa, Lublin czy Chevrolet – to przykładowe pojazdy, które użytkowano w tamtejszych kinach objazdowych. W latach 60., sezonowo, po miejscowościach wypoczynkowych Wielkopolski jeździł tzw. kinosam. „W specjalnie przebudowanym samochodzie ciężarowym Star-25 zainstalowano dwa stałe projektory kinowe Ernemann VIIB. Projekcja mogła odbywać się na ekran szklany umieszczony na tylnej ścianie samochodu lub na ekran zewnętrzny. Na ścianach bocznych samochodu umieszczono gabloty reklamowe na plakaty filmowe i fotosy” - napisał na swoim profilu.

Dawne kina fascynują również Macieja Gila z krakowskiej Fundacji Wspierania Kultury Filmowej Cyrk Edison, który od kilku lat organizuje festiwal Kinobus. To przedsięwzięcie, w którym zainteresowani tą tematyką podróżują śladami nieistniejących kin, ale również i tych, które wciąż działają i mogą pochwalić się długą tradycją. Chętni co roku odwiedzają inne województwo. Inspiracją do stworzenia takiego wydarzenia było podobne, organizowane przez słowackich miłośników tradycyjnych kin. Tę formułę – poznawania i odkrywania dziejów starych kin w formie spacerów tematycznych i autokarowych wypraw Maciej przeszczepił na polski grunt. Sam odwiedził setki miejsc, gdzie kiedyś było kino i, jak twierdzi, coraz mniej w tym względzie go zaskakuje. – Sklep, lokal gastronomiczny, siłownia, zakład pogrzebowy, kościół w dawnym kinie lub kino w dawnym kościele to w zasadzie norma jeśli chodzi o współczesne zagospodarowanie dawnych kin. Czasem jadąc przez nieznaną mi miejscowość, dostrzegam jakiś budynek, w którym rozpoznaję dawne kino. Architektura nie kłamie. Zwykle zatrzymuję się, wchodzę, rozglądam, szukam śladów. A w kinach, które działają od lat, które przetrwały rozmaite zawirowania historyczne, lubię odkrywać tablice czy gabloty informujące o ich historii, przypominające dawne dzieje, dawnych pracowników. Warto jednak zauważyć, że dzieje lokalnych kin stosunkowo rzadko są obiektem zainteresowań regionalistek i regionalistów. W przeciwieństwie na przykład do historii amatorskich teatrów, orkiestr strażackich czy kół gospodyń. Ale i to się zmienia, często także za sprawą wizyt Kinobusu - opowiada Maciej Gil. 

Im więcej tym mniej?

Roczniki statystyczne podają, że pod koniec lat 60. minionego wieku w całej Polsce działało ponad 3500 kin. W tej liczbie mieszczą się kina stałe i objazdowe. Dla porównania najświeższe dane GUS mówią, że w 2019 roku działały 523 stałe kina, w tym 364 kin małych, z jedną lub dwoma salami. – Dość spora liczba z istniejących małych kin pochwalić się może długą i piękną historią. Zdarzają się nawet ponad stuletnie – mówi Maciej Gil. W porównaniu do czasów socjalizmu, dziś mamy przecież lepsze lokale kinowe, technologie produkcji i emisji filmów. Jak zatem wyjaśnić zainteresowanie dawnymi kinami? To moda, objaw tęsknoty za czasami słusznie minionymi, a może sentymentów do nich? – Ja dorastałam na rzeszowskim osiedlu Nowe Miasto. W letnie niedziele chodziliśmy do jedynego w okolicy blaszanego kiosku na włoskie lody, trzymając w spoconych dłoniach wyliczone monety. To był świąteczny rytuał. Wizyty w kinie „Światowid” też  były rytuałem, jeszcze bardziej odświętnym, bo jednak droższym i rzadszym. Kino było obok spółdzielni i sklepu Społem, gdzie mama wysyłała mnie, żeby stać w kolejce za mięsem. A przecież ono przenosiło do zupełnie innego świata. Potem podróżowałam po świecie w rzeszowskich kinach „Mewa”, „WDK” i „Rejs”, czasem w „Zorzy”. Następnie w krakowskich: „Mikro”, „Pod Baranami” i w „Wandzie”. Zawsze można było tam spotkać znajomych. Nie trzeba było się umawiać. Na miejscu zawsze był ktoś, kto wybrał ten sam tytuł. Może to właśnie ta wspólnota odbioru sprawia, że istnieją kina bardziej kameralne – rozważa dr Grażyna Bochenek, rzeszowska filmoznawczyni i dziennikarka.

Kino w czasach epidemii

Przyszedł rok 2020, wiosna i pandemia koronawirusa. Tak, jak w czasach przedwojennej epidemii grypy hiszpanki w 1918 roku są zamykane instytucje kultury - w tym kina: te ogromne, duże i małe, te nowe i te z tradycjami. Wirus nie oszczędza niczego. Jesienią, powstałe w latach 50., niegdyś najbardziej wyczekiwane przez mieszkańców Rzeszowa kino „Zorza”, które przetrwało transformację apeluje do lokalnych mieszkańców o wsparcie finansowe, by móc przetrwać. To samo nieco później robi szczeciński „Pionier” – legendarne, wpisane do Księgi Guinessa jako najstarsze kino na świecie. Co chwilę pojawiają się informacje o krótkotrwałym otwieraniu i ponownym zamykaniu tych miejsc. Do odwołania. Na niewiele zdaje się chwilowe poluzowanie restrykcji. Zamaskowanych widzów w wielosalowych kinach jest jak na lekarstwo. Ludzie są ostrożni i oszczędni. Nie ma popytu, nie ma podaży. A to jeszcze nie koniec. Czy epidemiczna historia kina się powtórzy?  - Boję się o to, jak bardzo poobijane wyjdą kina z kolejnych lockdownów i czy w ogóle będziemy jeszcze mieli możliwość, żeby je odwiedzać – zastanawia się filmoznawczyni. Ten pesymizm nie dziwi. Kultura buduje, wzbogaca ludzi, lecz – jak pokazuje historia – nie jest im niezbędna do życia. Po hiszpance wiele małych kin splajtowało. Z czasem kultura stała się narzędziem dla państwa. Zaczęto inwestować w „najważniejszą ze sztuk”. Stopniowo, wraz ze wzrastającą stopą życia zaczęły powstawać nowe, w miejsce starych, dawnych kin, których nie ma… Czy i w epidemicznym, XXI wieku, historia kin zatoczy koło? Czas pokaże.

 

Txt: Katarzyna Hadała

 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X