17.06.2016, 09:55

Francja według Pauliny Młynarskiej

Z Pauliną Młynarską — dziennikarką i pisarką — mam osobiste paryskie doświadczenie. W studenckich czasach pojechałam do Paryża z Teatrem Akademickim Uniwersytetu Warszawskiego — dawaliśmy spektakl złożony z piosenek Wojciecha Młynarskiego. Tuż przed występem w Instytucie Polskim do garderoby przyszła atrakcyjna blondynka i nonszalancko oparła się o framugę.

— Cześć, jestem córką Wojciecha.

— Ale... jakiego Wojciecha? — zapytałam naiwnie.

Na moje usprawiedliwienie można powiedzieć, że strój Pauliny — skórzane mikroszorty i rajstopy kabaretki — stanowił pewną sensację i mógł człowiekowi odebrać nie tylko mowę. Był listopad, rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy, i w Polsce dziewczyny ubierały się jeszcze powściągliwie. W modzie były powiewne spódnicospodnie.

 

Pamiętasz tamte szorty?

Tak. Kupione na marché aux puces na „Montreju” (paryski pchli targ — przypis autorki). Nosiłam je non stop. Chyba nawet są gdzieś jeszcze w szafie. Do szortów wkładałam glany i czarną skórzaną kurtkę, którą też mam do dziś.

Całość robiła wrażenie! Teraz, dwadzieścia lat później, zapytałam cię w e-mailu, o czym ma być nasza rozmowa. Odpowiedziałaś na jednym oddechu: Polska jest dla mnie matką biologiczną, a Francja wychowała i przekazała wartości (w sumie Mitterrand jest ojcem chyba...). Francji zawdzięczam bardzo dużo — stosunek do jedzenia, ubierania się, feminizm, lewicowe poglądy, tolerancję i otwartość, psychoanalizę, Barbarę, Brassensa i Sanseverina (kultowych francuskich piosenkarzy — przypis autorki). Łamanie kostki cukru na pół, ugniatanie papierosa (chociaż już nie palę), konfiturę Bonne Maman — zwłaszcza smak oranges amères. Przekonanie, że antykoncepcja powinna być refundowana, a aborcja legalna, zapał do manifestowania na ulicy, strach przed skrajną prawicą, umiejętność robienia sosu do sałaty i ból uszu, gdy Polacy mówią „sos winegre”! Sposób przyjmowania gości i serwowania potraw. Godziny posiłków (tak, tak, lubię o trzynastej!). A tam wkurzał mnie dogmatyzm
w sprawie posiłków, lewactwo kawiorowe, dyletantyzm i brak wiedzy o innych kulturach, ateuszostwo zatrącające o debilizm, brak pierogów i pomidorowej, rendez-vous z kalendarzem zamiast spontanu, wielkie oczy na widok kieliszka z wódką, podczas gdy sami walą pastis — czyli anyżówkę — od siódmej rano. No i bądź tu, człowieku, dzieckiem dwóch matek.

C’est exact.

Czyli „zgadza się”. Uporządkujmy chronologicznie. Skąd w domu państwa Młynarskich wzięła się sympatia do Francji?

Mama po szkole teatralnej spędziła kilka lat na stypendium w Konserwatorium Paryskim. Pojechała za miłością, z której zresztą nic nie wyszło, ale w jej opowieściach Paryż jawił się pięknie. Mama świetnie mówi po francusku. Ojciec też. Uczył się w szkole, na studiach, a w pewnym momencie wyjechał na dłużej do Paryża i stacjonował u cioci Neli Rubinsteinowej...

Anieli z Młynarskich, żony słynnego pianisty Artura Rubinsteina.

Tak, on był wtedy w dobrej formie, jeszcze widział. Wujostwo — zamożni i światowi — mieli przepiękny dom przy avenue Foch, w willi za szlabanem. Ich sąsiadka, Grace Kelly, w wałkach na głowie wpadała na herbatkę. Rubinstein dał tacie, wówczas dwudziestoletniemu studentowi, pieniądze i adres krawca, żeby ten uszył ojcu marynarkę w pepitkę. Tata latami w niej koncertował! W Polsce rodzice mieli sporo przyjaciół Francuzów, również w ambasadzie. No i był Instytut Francuski, z którym ojciec dość wcześnie rozpoczął kontakty, bo tłumaczył piosenki francuskie. Ja pierwszy raz zobaczyłam Francję w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku. Mama, która wyglądała wtedy jak hipiska — drewniaki na wielkiej platformie, spodnie dzwony, wyszywana bułgarska bluzka, chustka z cekinami okręcona dookoła głowy — zgarnęła Agatę, mnie i namiot i pojechałyśmy garbusem po Europie. Przez Niemcy i Holandię, zatrzymując się u znajomych Polonusów albo na kempingach. To była niskobudżetowa podróż, każdy dolar skrupulatnie liczony, a do jedzenia najtańsze ravioli w puszce. Turlałyśmy się autkiem, które ciągle nawalało, aż w końcu dotarłyśmy do mitycznego Paryża. Mama bardzo kochała „Nędzników” Wiktora Hugo, poprowadziła nas więc po mieście z tej powieści. Stąd miałam poczucie, że
z tymi bohaterami, a zwłaszcza z Fantyną i Gawroszem, niemal się
wychowałam, że to moje rodzeństwo.

Pamiętasz coś jeszcze z tej wyprawy? Miałaś pięć lat.

Pamiętam ciaśniutką uliczkę la rue du Chat-qui-Pêche, czyli Kota Rybołówcy, w Dzielnicy Łacińskiej. Kupiłyśmy po kawałku pizzy i jadłyśmy, siedząc na krawężniku. Spałyśmy u przyjaciół mamy. Mama któregoś wieczoru poszła balangować, a nam dała pieniądze i wytłumaczyła, że rano mamy jej nie budzić, tylko zejść do piekarni i powiedzieć: In baget e dy crłasą silwuple — czyli: jedną bagietkę i dwa croissanty, poproszę. Byłam bardzo przejęta długością zdania, bo umiałam tylko bonjour i au revoir. Rodzice mówili po francusku, Francuzi bywali u nas w domu, dlatego mi się zdawało, że także umiem mówić w tym języku. W Paryżu okazało się, że nie umiem, ale w piekarni jakoś sobie poradziłyśmy. Pamiętam też z tej podróży wjazd na wieżę Eiffla i nazwę kabaretu Folies Bergère — oczywiście nie wiedziałam, co znaczy, ale dobrze brzmiała. Potem wróciłyśmy do Polski i na długie lata kontakt z Francją się urwał.

Ale uczyłaś się języka?

Ogólnie, źle się uczyłam we wszystkich możliwych instytucjach, które próbowały mnie czegokolwiek uczyć. Zaliczyłam oczywiście Instytut Francuski, gdzie już na pierwszym roku nie zdałam, ale na całe życie nauczyłam się wyrażenia: J’ai une idée, un pique-nique pour dimanche! — mam pomysł: piknik w niedzielę.

To ze słynnego podręcznika „Méthode Orange”

A jakże! Dopiero po latach, kiedy czytałam książkę Antoniego Libery „Madame”, pojęłam, jaki wpływ na nas wszystkich, nawet takich nieuków jak ja, wywarł ten Instytut. Kolorowe pinezki, kolorowe książki. Zachód. Kultura. Pamiętam, że na koncert przyjechał Léo Ferré. Byliśmy zaproszeni całą rodziną. Było po stanie wojennym, a Ferré — zakręcony komunista — zaczął wykrzykiwać coś o Salvadorze Allende. Zasiał totalne zgorszenie: kompletnie się nie solidaryzował z naszym etosem, tylko miał własną komunistyczną zajawkę. Pamiętam oburzenie ojca. Wszystko załagodziło się przy podawanych w bibliotece Instytutu ptifurkach i tartinkach. I to jest właśnie to, o czym pisze Libera. Jeśli ktoś chce zrozumieć tęsknoty polskiej inteligencji za francuskością, powinien przeczytać tę książkę. Kolorowe pinezki i ptifurki. Czyli, zrozumiałam to dużo później, celebracja radości życia, stylu i estetyki.

Ferré, jak rozumiem, nie był twoim idolem. A Jacques Brel, którego wspaniale przekładał twój tato?

Mniej więcej w połowie lat osiemdziesiątych w domu słuchało się go dużo. Podobnie jak Borisa Viana. Instynktownie czułam, że Vian jest mi bliższy, chociaż na początku z tego, co śpiewa, niczego nie rozumiałam, ale ekspresja vianowska totalnie mnie porwała. Płytę puszczałam sobie w domu. Dużo później piosenkę „Fais moi mal” wykonywałam w spektaklu, który sama wyprodukowałam. A Brela się bałam. Czułam potworne przeczucie dramatu, bólu... Wiesz, mój pokój sąsiadował przez ścianę z pokojem taty. Rano budził mnie cichutki szmer grundiga — tata puszczał prymkę (zapis linii melodycznej — przypis autorki) albo nagrane podkłady — i stukanie na maszynie. Tu warto wspomnieć, że z In-
stytutem była związana Ewa Wende, która pomagała ojcu przy tłumaczeniach. On znał język, ale żeby przekładać tak genialnie, jak to zrobił, potrzebował tłumaczeń filologicznych, ze wszystkimi sensami, przypisami, dodatkowymi znaczeniami. Był rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty czwarty, zbliżała się premiera „Brela” w teatrze Ateneum. Któregoś dnia poszłam na wagary do... teatru, zobaczyć, jak idą próby. Kiedy tata odkrył, że tam jestem, opieprzył mnie, ale już do premiery nie chodziłam na lekcje. Codziennie na próbę! Miałam taki „wsys”, że znałam cały spektakl na pamięć. Niedawno ojciec miał benefis w Ateneum i okazało się, że do dziś wisi w kulisach namazana przeze mnie czarnym flamastrem rozpiska z kolejnością utworów w „Brelu”.

Co tam właściwie robiłaś? Byłaś pomagierką?

Byłam groupie tego spektaklu. Siedziałam wbita w fotel, kochałam się w Michale Bajorze. Nigdy nie zapomnę tego, co czułam, gdy Marian Opania śpiewał „Piosenkę starych kochanków” — klękajcie narody! Nigdy nie zapomnę „Amsterdamu” w wykonaniu Agnieszki Fatygi, „Flamandów” śpiewanych przez Grażynę Strachotę. Te piosenki znam na pamięć do dziś, również po francusku. Byłam na stu kilkudziesięciu przedstawieniach. Mogłam w zasadzie zastępować inspicjenta.

Aż wystąpiłaś sama.

Wyjechałam do Francji i kiedy trochę pouczyłam się teatru, wymyśliłam, że zrobię spektakl z piosenek Viana i wystawię z kolegą aktorem, Francuzem, którego zresztą poznałam w metrze. Przyjechałam do Polski, przedłożyłam projekt w Instytucie Francuskim, a miałam dziewiętnaście lat, i co? Dali salę, jeszcze wtedy przy ulicy Świętokrzyskiej. Dali też kasę, a choreografię zrobił Tadeusz Wiśniewski, wówczas wielkie nazwisko, taki prejózefowicz. Kostiumy zrobiła nam mieszkająca w Paryżu projektantka mody Oliwka Neugebauer. Na tym spektaklu zjawiła się toute Varsovie. Graliśmy w klubie Sigma, a potem we Francji po różnych piwnicach.

Zaraz, zaraz, ale jak znalazłaś się we Francji?

Miałam ciśnienie na to, żeby nawiać z domu. Jak większość nastolatek. Tylko w przeciwieństwie do dziewięćdziesięciu dziewięciu procent dziewczyn wprowadziłam to w czyn. Miałam też powody, powiedzmy: rodzinno-osobiste. Byłam po traumatycznym udziale w „Kronice wypadków miłosnych” Andrzeja Wajdy. Nie mogę zapomnieć, że puszczono mnie — piętnastoletnią dziewczynę — przed kamerę nago, pod wpływem alkoholu i środków uspokajających! Na planie zaprzyjaźniłam się z Marcinem Latałłą, który dziś jest reżyserem dokumentalistą, a wtedy był jakimś tam piątym asystentem reżysera. Mieszkał z mamą w Paryżu. Byłam outsiderką i on też. „Kronikę...” pokazywano w Paryżu i Cannes i wciąż słyszałam: Dziewczyno, powinnaś robić karierę we Francji, teraz albo nigdy! Byłam w drugiej klasie liceum i kompletnie zaszumiało mi w głowie. Zaczęliśmy z Marcinem knuć, w końcu on przysłał mi zaproszenie. Naopowiadałam rodzicom, że jadę do niego na wakacje i żeby mnie puścili.
Nie powinni, ale puścili. Wiedziałam, że nie wrócę.

Przed wyjazdem siedziałam z przyjaciółką Zuzką w pokoju, ona mówiła:

— O ja cię, no i co?

A ja: — I co? Pieprzę ich wszystkich!

Marcin odebrał mnie z lotniska. Miał maleńkie mieszkanko przy rue Saint-Yves, niedaleko stacji metra Alésia, właściwie jeszcze mieszkał u mamy, Marysi Stauber, która zresztą stała się w Paryżu moją drugą mamą. W mieszkanku był materac, szklanka i dwie kostki cukru. Śmierdziało farbą. Ale byłam w euforii. Pierwszego wieczoru Marcin mówi: Idziemy w Paryż. Na ten wyjazd sprawiłam sobie stroje, które były szczytem prowincjonalnej wiochy — od prywaciarza z Rutkowskiego (dzisiejsza ulica Chmielna — przypis autorki) — straszne buty lakierki, płaszczydła z lnu. Na głowie trwała. Po pół roku, kiedy już byłam „paryska”, znajomi przyznali się, że początkowo byli moim wyglądem przerażeni.

Poszliśmy więc z Marcinem w ten Paryż i on pyta, na co miałabym ochotę. Na mleko z kartonu! — odpowiadam. Nienawidzę mleka, ale piłam je w Paryżu, gdy miałam pięć lat i smakowało mi jak nic innego. Rano obudziłam się i pomyślałam: jestem tu i się stąd nie ruszę. Siedziałam na materacu i widziałam siebie jako Catherine Deneuve. Miałam sto dwadzieścia dolarów i świat należał do mnie! Wychynęłam na paryską klatkę schodową i usłyszałam bębny. Niżej mieszkał rastaman i narkoman. Wylądowałam u niego na kawie, on palił zioło i walił w te bębny. Taka była moja pierwsza doba w Paryżu!

Następnego dnia poznałam dziewczynę Marcina. Mieszkała w chambre de bonne (dosł. pokój służącej; tania klitka na poddaszu — przypis autorki), miała na imię Gwen, a ja ponad wszystko kochałam wtedy „Układ” Elii Kazana i ktoś, kto miał na imię Gwen, już na starcie był dla mnie cudowną osobą.

Gwen okazała się na wiele lat wielkim wrzodem na moim tyłku, ale na początku się kolegowałyśmy. Drugiego paryskiego dnia usiadła przy mnie po turecku i wskazywała kolejne części ciała, mówiąc: C’est le nez, les yeux, la bouche, les seins, le sexe — nos, oczy, usta, piersi, narządy płciowe. Kojarzysz plakat
do filmu „Valmont”? Otóż na nim jest pupa Gwen.

?

W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku dostałam niewielką rólkę w tym filmie. Grał tam Colin Firth, wszystkie w nim się kochałyśmy. Cecylią była młodziutka dziewczyna, dlatego sceny rozbierane miała za nią grać dublerka. Pomyślałam, że to robota dla Gwen, która akurat była bez pieniędzy. Jest taka słynna scena w tym filmie, kiedy Colin pisze na jej pupie. Ta pupa jeździła też na autobusach, bo była na plakacie do filmu. Gwen oszalała ze szczęścia i nawet chciała o tym napisać książkę!

Mieszkałaś w Paryżu, grałaś u Formana — żyć nie umierać!

Pracowałam a to w filmie, a to w reklamie. Pozowałam do zdjęć jako modelka, a kiedy nie szło, to zakasywałam rękawy i szłam do roboty do knajpy. Dzięki temu nauczyłam się gotować. Żyłam intensywnie. Mieszkaliśmy w grupie, na moich osiemnastych urodzinach było osiemdziesiąt osób! Na dachu urządzaliśmy niekończące się posiady. Wydeptywałam dróżki, odbywając pięćdziesiąt castingów tygodniowo. Uruchomiłam w sobie jakieś turbodoładowanie zaradności. Paryż to moja wielka miłość, ale i wielka samotność, dojmująca samotność, to miasto strasznego wysiłku, wyobcowania. Potwornie tęskniłam. Również za polskim jedzeniem. Odkryłam przy stacji metra Château d’Eau prowadzone przez Jugosłowian sklepy z jakąś polędwicą à la sopocka. Czasem zaglądałam na gołąbki do cioci Neli Rubinsteinowej, tam zresztą jadłam najlepszą na świecie foie gras smażoną na maśle z jabłkiem. Przez chwilę nawet mieszkałam u ciotki. Wiesz, to dosyć odlotowe spać
w pokoju, w którym wiszą Matissy.

Jak długo byłaś wtedy w Paryżu?

Pięć lat. Ten pobyt w Paryżu najbardziej mnie ukształtował. Gdy wyrabiałam sobie francuskie papiery, wiedziałam, że zawdzięczam to Mitterandowi, jego polityce otwartości wobec emigrantów. A sprzątając mieszkania i pilnując dzieci, zrozumiałam, co to rozwarstwienie klasowe, dowiedziałam się,
że w kapitalizmie są ludzie strasznie biedni. Nie chodzi tu o barwnych kloszardów, którzy z wyboru siedzą pod mostem.

Mając szesnaście, siedemnaście lat, odkrywałam, ile jest nędzy, i wszystko we mnie się gotowało. Odkryłam, że są równoległe światy, poznałam mieszkania burżujów i towarzystwo z szambr-de-bonów. Dlatego później tak lubiłam i rozumiałam piosenkę Taty Kazika: Dziś w szambr-de-bonie bal kreślarzy, każdy wytworny jest jak lord, nikt dnia im wspomnieć się nie waży ni pracy, praca — chamski sport. I potem jeszcze: Piękna jesteś jak jutrzenka w swoich sukienkach z marché aux puces. No i to zakończenie: Że z tylu różnych dróg przez życie każdy ma prawo wybrać źle. W życiu wiele razy źle wybrałam. Ale gdy miałam pytania,
nie było przy mnie rodziców, sięgałam więc po książki. We Francji odkryłam psychoanalizę jako zjawisko. Podczas drugiego pobytu przerabiałam ją na sobie, po francusku. Z tego okresu jest także mój feminizm, w Polsce wtedy kompletnie nieobecny.

W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku wróciłaś do kraju, bo?

Urodziłam Alę. Poza tym czułam tam, że w Polsce dzieje się tak dużo, że we Francji na tym tle jest nudno. Nowe stacje telewizyjne, produkcje filmowe — wydawało się, że tu jest czad. Zamieszkałam z tatą Ali pod Warszawą. Potem rozstaliśmy się, pojechałam do Zakopanego i przebranżowiłam na radiowca. Życie było jakoś poukładane, a wtedy pojawiła się możliwość pracy w radiu France Culture w Paryżu. Nie wahałam się. Przecież znałam Paryż lepiej niż Warszawę.

I pojechałaś do domu nowego męża.

Didier jest Francuzem. Znaliśmy się piętnaście lat, był przyjacielem. Rodzice — robotnicy z podparyskich fabryk, on — wielka kariera filmowa: reżyser, pisarz, scenarzysta hollywoodzki. Lewak, intelektualista. Wartościowy, wrażliwy, inteligentny, ale ja dla niego byłam jakąś, kurde bele, Mileną Kafki. Wyobrażeniem kobiety ze Wschodu. Połapałam się dopiero w trakcie naszego związku, że jego pociągała egzotyczna polskość. Lubił dźwięk naszego języka w swoim domu, a dom był piękny — willa z ogrodem w Le Vésinet, najdroższym podparyskim przedmieściu. Całe miasteczko jest jednym wielkim zabytkiem secesji.

Ala poszła tam do szkoły francuskiej, do drugiej klasy, nie znając języka. Pierwszego dnia przed wejściem dzielnie puściła moją rękę, mówiąc: Mamo, idź już.

Poradziła sobie?

Typowe polskie dziecko, wyćwiczone i obowiązkowe, za trzy miesiące była najlepsza w klasie.

Ala do szkoły, ty do pracy.

We France Culture trafiłam na znakomitych redaktorów starej daty, z fajkami w zębach. Zbliżało się nasze wejście do Unii Europejskiej, wyszukiwałam więc tematy, które łączyły Francję z Polską. Potem jeszcze przydzielili mi Łotwę, Litwę i Estonię, o których nie miałam zielonego pojęcia. Chyba najbardziej byłam dumna z reportaży. Wymyśliłam cykl „Mój pierwszy dzień w Paryżu”. Z emigrantami robiłam taką „dróżkę” od dworca czy lotniska, poprzez najważniejsze punkty, mieszkania, aż do tego miejsca, w którym się właśnie znajdowali.

Świetna praca, dom jak rezydencja, mąż z pozycją. Dlaczego się nie udało?

Z powodu różnic kulturowych. Na dłuższą metę zaczął mi przeszkadzać dogmatyzm Didiera — dogmatyzm upokarzający. Bo tam zjedzenie rano kanapki z szynką jest grzechem śmiertelnym! Le jambon, à cette heure-ci? Ah, bon? Szynka o tej porze? I to: Ah, bon? pełne niezrozumienia. A ja jestem rebel! I tym bardziej rano wpieprzałam ser! I to taki najbardziej śmierdzący, który się jada tylko po kolacji. Wiesz, faceci we Francji marzą o kobiecie ze Wschodu, ale potem, kiedy już cię taki dorwie, to będzie na każdym kroku pokazywał — i to nie jest tylko moje doświadczenie, lecz wielu Polek — że ludzie cywilizowani maczają croissanta w kawie, a dzicy — z Anglii czy Polski — jedzą jajka.

Po premierze „Sponsoringu” Małgośki Szumowskiej Ala powiedziała: Mamo, ta Binoche, to jesteś cała ty w Paryżu. Ten wózek na zakupy, ta niedomykająca się lodówka, to gotowanie. I rzeczywiście — zobaczyłam siebie. Zasady podejmowania gości — co na aperitif, jaka przystawka, jakie sery. Przecież w Paryżu człowiek potrafił pojechać na koniec miasta po dobry ser! Robiłam konfitury, bo mieliśmy ogród! Francuscy znajomi za nimi przepadali, że takie à la russe. Ale mnie to przywiązanie do dogmatów doprowadzało do furii. Podobnie jak to, że Francuzi są zasadniczy w stosunku do dzieci. Mange ta soupe! Jedz zupę, nie zjesz, nie będzie deseru! Minął rok. Remont domu zrobiłam, konfitur nagotowałam, polskich przyjęć nawydawałam. Pan Francuz był zachwycony, tylko ja coraz mniej. Miałam trzydzieści lat i czułam, że w pięknym Le Vésinet czeka mnie tylko nudna, potworna starość.

Coraz częściej przyjeżdżałam z Alą do Polski. Z Didierem nie chciałam, bo on mnie zamęczał tym swoim obowiązkowym jogurtem po obiedzie i przymusem gorącej kolacji. W Polsce czułam luz i wolność. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego spełnienie marzeń nie daje szczęścia. Może człowiek, wychowując się w dwóch kulturach, wyrządza sobie krzywdę? Kiedy pojechałam tam jako szesnastolatka, byłam przecież jeszcze na etapie miękkiego kośćca, chłonęłam wszystko. A gdy marzenia się spełniły, w tym raju zrobiło mi się tak źle, że poddałam się psychoterapii. Ostatnią sesję zakończyłam słowami z piosenki Borisa Viana „Dezerter”: Il faut que je vous dise, ma décision est prise, je m’en vais déserter, decyzja podjęta — odchodzę. Terapeuta powiedział: Allez-vous-en — niech pani odchodzi.

Rozstanie było dramatyczne. Didier to ktoś ważny, wartościowy i fajny, ale nie mogłam z nim jechać w jednym przedziale, bo on jechał dokądś indziej.

Wróciłam z Alą do Polski.

Z tego, co wiem, do tej pory przestrzegasz pór posiłków...

Powiem teraz coś strasznego: te wszystkie francuskie reguły doprowadzały mnie do furii, a z drugiej strony ja to kocham. Jakbyś przyszła do mnie do domu w Zakopanem, to obiad będzie francuski. Nie umiem inaczej. Gdy mam poważne przyjęcie, muszę zrobić tartinki z foie gras, której nie znoszę ze względów ideologicznych, ale uwielbiam z powodów smakowych. Od czasów pierwszego pobytu w Paryżu umiem robić sosy — beszamelowy, berneński, z zielonym pieprzem. No i vinaigrette — ludzie, to jest z „t” na końcu! Prawdziwy musi być z oliwy, musztardy dijon i octu. Przepadam za crème brûlée. Z przyrządzaniem go w domu jest problem, bo trzeba mieć ten cholerny palnik, a ja zawsze albo gdzieś go wetknę, albo zamoczę. Za to często robimy z Alą klasyczny mus czekoladowy. Albo clafoutis z malinami i rabarbarem. Koleżanki w Polce pytają, dlaczego jestem chuda. Jem bardzo dużo, zawsze o stałych porach i nigdy między posiłkami. Nawet teraz, gdy mieszkam sama, uprawiam te francuskie rytuały. Na przykład w Lidlu są bardzo dobre croissanty i kiedy mam okazję je kupić — najczęściej w Krakowie — biorę ze trzydzieści i zamrażam. Potem wsadzam do piecyka, dodaję konfiturkę. Kawa w bolkach (spolszczone „le bol”, czyli miseczka — przypis autorki), celebrowane śniadanie...

Croissanty z Krakowa, a co musisz mieć z Paryża?

Kaszę o nazwie le blé — prawie jak nasz pęczak, ale znacznie bielsza. Potrafiłam przywieźć całą walizkę! Płatki Kellogs z czerwonymi owocami. Herbata Russian Earl Grey, bardzo tania we Francji. Mag 2, czyli magnez w ampułkach z apteki. Ucieszyłam się, gdy w Polsce pojawiły się kosmetyki Nuxe. Ich Crème Fraîche to jest najlepszy krem wszech czasów! Z Francji zostało mi przyzwyczajenie do kremu Rénergie Lancôme — tam jest oczywiste, że trzeba go mieć, i to tę klasyczną wersję. Dalej: perfumy Vol de Nuit (w tłumaczeniu: nocny lot — przypis autorki) Guerlaina, mam — nomen omen — odlot na punkcie tego zapachu. Z Paryżem kojarzą mi się też i używam na przemian: Coco Chanel — od osiemnastego roku życia — i Lolita Lempicka — od dziesięciu lat.

Ubierasz się „parysko”?

Francuzki o wiele mniej się stroją i „robią” niż Polki. Nie podążają za modą, mniej sobie kupują. Wybierają rzeczy wysokiej jakości, na lata. I mają tak fajnie znoszone buty i tak fajnie zjechany kaszmirowy szal, że to wszystko komunikuje: Ubranie ma mi służyć tak długo, jak ja tego chcę, i nie będę biegała z wywieszonym językiem, żeby być na topie.

W Polsce bardziej zwracamy uwagę na trendy, mody. Razi mnie taki styl „przedbania”. W Paryżu kobieta, która zrobiła sobie operację biustu, jest pejoratywnie nazywana la bimbo — to obciach. Makijaż? Owszem, usta zrobią na czerwono albo podkreślą rzęsy, ale nie malują się mocno na co dzień. Ja też nie. Francuzki nie robią sobie tak często manikiuru, a w Polsce jest to już niemal wymóg. Ale co najbardziej mi się podoba, to energia Francuzek po czterdziestce. Tu słyszałam często od różnych znajomych, że po czterdziestce czują się skończone, że już tyle za nimi. A Francuzki są wtedy na fali uderzeniowej! Juliette Binoche ostatnio powiedziała w wywiadzie, że kobiety we Francji po czterdziestce rozkwitają. Zgadzam się z tym tak bardzo, że bardziej nie można!

Czyli jednak francuski bilans na plus?

Na plus! Z tej kultury biorę tylko to, co mi się podoba
i co chcę wziąć. Kiedy ktoś zaczyna mi wyjeżdżać z francuskim dogmatem, staję okoniem. Już mówiłam: jestem rebel."

Wywiad przeprowadzony przez Joannę Nojszewską pochodzi z książki "Klucz francuski. O francuskim stylu opowiadają Polacy zakochani we francji i Francuzi zakochani w Polsce" wydanej przez Wydawnictwo Czarno na Białym

Lekturę polecamy wszystkim planującym odwiedzić Francję w najbliższym czasie :)

Red.

 

 

 

 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera TwitterDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X