17.11.2021, 08:45

Zygmunt Andrzej Heinrich – zdobywca himalajskich szczytów w cieniu innych

„…Góry tylko wtedy mają sens, gdy jest w nich człowiek ze swoimi uczuciami, przeżywający klęski i zwycięstwa. I wtedy, gdy coś z tych przeżyć zabiera ze sobą w doliny…” – Andrzej Zawada.

Czytając o polskich alpinistach i ich wspomnieniach, natrafiłam na nazwisko Zygmunta Andrzeja Heinricha. Ta postać, mniej znana od innych medialnych himalaistów swojego pokolenia, takich jak Jerzy Kukuczka czy Maciej Berbeka, znacznie przyczyniła się do osiągnięć swoich kolegów. Był starym, himalajskim wyjadaczem, który pokochał wysokie góry na tyle mocno, że stały się jego drugim domem. Wysokie szczyty stały się też miejscem jego wiecznego spoczynku.

Jest coś takiego w alpinistach, co można nazwać zadumą, melancholią, co bije z ich postaci. Myślę, że wynika to z szacunku i pokory dla tych potężnych masywów skalnych, które zanim wpuszczą człowieka na swoje terytorium, poddają go wielkiej próbie. Taka postawa charakteryzowała Heinricha. „Zyga”, bo tak na niego mówili najczęściej koledzy po fachu, miał na swoim koncie letnie i zimowe wejścia na siedmio- i ośmiotysięczniki. Na siedmiotysięcznikach osiągnął liczne sukcesy. Koleżeński, niekonfliktowy i niezwykle lojalny wobec kolegów zyskał ich sympatię i przychylność.

Był skromnym, rozsądnym człowiekiem, który ciężko pracował na sukces grupy, nie swój. „Dziadek”, bo tak na niego też mówiono, z racji tego, że był najstarszy, dbał o bezpieczeństwo uczestników wyprawy, nawet będąc już prawie u szczytu, wolał zawrócić i przeczekać niż ryzykować życiem swoim i innych. Trzeba podkreślić, że wyprawy narodowe złożone z indywidualistów, próbujących wyrwać się z systemu PRL-u, były wzorem kolektywnego działania. Celem bowiem było wspólne działanie i radość ze zwycięstwa towarzyszy zdobywających szczyt. Góry są wymagające i bez współpracy nie ma szans, aby osiągnąć cel, a nawet przetrwać. Ta solidarność łączyła pasjonatów górskich przestrzeni, mimo tego, że każdy z nich miał swoje ambicje i marzenia.

Zygmunt Andrzej Heinrich urodził się w 1937 roku we Łbowie koło Modlina. Jego ojcem był Antoni Heinrich – znany taternik, narciarz i kajakarz, który zginął w czasie wojny. Matka wędrowała z nim i jego rodzeństwem po Polsce, zanim ostała na południu kraju. Andrzej uczęszczał do żywieckiego liceum, a na studia wyjechał do Krakowa. Tu zapisał się do klubu wysokogórskiego i tam poznał wspinanie, które stało się jego pasją. Jego pierwszym instruktorem był Marian Bała – nestor krakowskiego środowiska wspinaczy, który widział w chłopaku tę iskrę i zapał, i mówił o nim, że ten sport będzie dla Andrzeja miłością na całe życie, a nie przelotnym romansem. Heinrich nie stał w miejscu. Ukończył kurs szybowcowy w Ligocie Dolnej na Opolszczyźnie i próbował swoich sił w lotach na lotni na górze Żar. Przez jakiś czas uprawiał również skoki narciarskie. Trenował na skoczni w Żywcu, oddał też kilka skoków na zakopiańskiej Wielkiej Krokwi. Kiedyś założył się z kolegą, że odda skok na skoczni na górze w Małym Grojcu. Zbudowano tam drewnianą skocznię narciarską. Miała ona charakter skoczni treningowej, ale można było na niej oddawać skoki około 30 metrowe. Szkopuł w tym, że skoczek musiał wyhamować pęd i zahamować na płaskim terenie, by nie skąpać się w rzece.

Andrzej poczuł bluesa i mimo że wcześniej jeszcze nie skakał, zdecydował się na ten ekstremalny wyczyn. Nie mógł przecież pokazać słabości kolegom. Zakład okazał się na tyle interesujący, że zgromadził grupkę gapiów. Przyszły alpinista na swoich zwyczajnych nartach, nie przystosowanych do skoków, skoczył w granicach 30 metrów, wyhamował i nie wpadł do rzeki. Zdobył wtedy uznanie wśród gawiedzi. Darzono go szacunkiem i uznawano za nieustraszonego.

Zaczynał od skałek, potem były Tatry, na które się wspinał latem i zimą. Tatry wychowały wielu zdolnych alpinistów, hartując ich charakter i doskonale przygotowując na rozleglejsze wyprawy.

Trzeba było wyrobić w sobie cierpliwość, upór i być konsekwentnym, bo bez tych cech charakteru nie byłoby możliwości osiągnięcia celu. „Zyga” te cechy posiadał. Biwakował zimą w półkach skalnych w ubraniach, które znacznie odbiegały od dzisiejszych, w których technologia wykonania zapewnia komfort w trudnych warunkach, z ciężkim sprzętem, którego noszenie wymagało siły i hartu ducha.

Swoją przygodę ze wspinaczką rozpoczął w 1958 roku. Z partnerem Lucjanem Sadusiem dokonali w Tatrach znacznych wejść. W 1962 roku razem z Januszem Kurczabem, Eugeniuszem Chrobakiem i Krzysztofem Zdzitowieckim brał udział w pierwszym przejściu Filara Kazalnicy Mięguszowieckiej. W Tatrach poprowadził nowymi drogami na północno-wschodniej ścianie Kazalnicy i dokonał zimowego przejścia drogi Momatiuka. Wielkim wyczynem było przejście północno-wschodniej ściany Małego Młynarza stylem diretissimy (czyli przejścia drogi wspinaczkowej poprowadzonej możliwie blisko spadku wierzchołka). Heinrich coraz lepiej czuł się w roli wspinacza. Poczuł apetyt na Marmoladę i w 1962 roku podjął się wspinaczki w Alpach. Z Sadusiem przeszedł jej południowy filar i drogę Comiciego na Cima Grande di Lavaredo. W 1965 r. przeszedł zachodnią ścianę Petit Dru, a w 1968 nową drogą na Grandes Jorasses. W 1966 r. zdobył trzy wierzchołki Noszaka (7492 m n.p.m.). W roku 1969 r. brał udział w wyprawie na Malubiting, a od 1971 jeździł na kolejne siedmio- i ośmiotysięczniki. Był doskonale przygotowany.

W 1974 roku znalazł się w składzie zimowej wyprawy na Lhotse. Jej kierownikiem został Andrzej Zawada. Mimo tego, że nie byli pionierami podboju Himalajów, nie do końca wiedzieli, co mogą zastać. Postanowili wejść w paszczę śmierci i dokonać niemożliwego. Obawiali się temperatur i porywistego wiatru. I tak się stało. Warunki były bardzo ciężkie. A wyprawa stała się ostrzeżeniem dla uczestników i zapowiedzią, że Himalaje są wymagające. Zginął bowiem jeden z członków grupy – Stanisław Latałła. Mimo to ekspedycja była kontynuowana. Po kilku tygodniach walki z pogodą udało się rozstawić namiot na wysokości 7800 m. I w samą wigilię Bożego Narodzenia dotarli tam Zawada i Heinrich. Następnego dnia , w temperaturze -46 stopni C, ruszyli w stronę szczytu. Dotarli na wysokość 8250 m i wtedy Andrzej zauważył skłębione chmury od strony Kotła, które niosły za sobą potężną nawałnicę śnieżną. Zawada był załamany. Tak blisko szczytu i trzeba było wracać. Gdyby nie ostrożność „Zygi”, nie wiadomo jaka decyzję podjąłby Zawada, ale może przezorność kompana uratowała mu życie.

Wyprawa na Lhotse była wstępem do kolejnej zimowej wyprawy. Tym razem cel był bardzo śmiały. Everest. Ponownie kierownikiem wyprawy był Andrzej Zawada, Heinrich był jego zastępcą do spraw sportowych. Jego zadaniem było wytyczenie drogi w lodowym labiryncie słynnego Ice Fallu, wnoszenie sprzętu i zakładanie obozów, a więc wcale niełatwa praca. Koledzy zaczęli wątpić w jego wiarę w powodzenie wyprawy, po nieudanej próbie założenia obozu na Południowej Przełęczy, z której można by było zaatakować szczyt. Były to niesłuszne oskarżenia, czego dowodem było dotarcie Heinricha w towarzystwie Nepalczyka Pasanga Norbu do obozu na Przełęczy Południowej. Działo się to 14 lutego. Polacy jednak byli zobligowani do zakończenia wyprawy do 15 lutego. Dzięki temu, że Pasanga Norbu dotarł z Heinrichem do Przełęczy, Nepalczycy przedłużyli pozwolenie na dwa dni i dzięki temu Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki 17 lutego 1980 r. zdobyli szczyt, Heinrichowi się nie udało, ale miał ogromną satysfakcję z powodzenia wyprawy. A słynne powodzenie „Gdyby to nie był Everest, to byśmy nie weszli” dokładnie mówi, jak było trudno dotrzeć na szczyt.

W 1985 r. „Dziadek” wraz Jerzym Kukuczką, Maciejem Berbeką i Maciejem Pawlikowskim zdobyli szczyt Cho Oyu. 12 lutego na wierzchołku stanęli obaj Macieje, a 15 lutego Jerzy Kukuczka i Andrzej Heinrich. Na szczycie stanęli o 17:30. W drodze powrotnej musieli biwakować pod gołym niebem w ciężkich warunkach, ale smak zwycięstwa był wart poświęcenia, a „Zyga” był zwyczajnie szczęśliwy. Zapisał się w annałach.

Dwa lata później Andrzej wraz z ekipą próbowali zdobyć K2 (8611 m n.p.m.) zimą. Niestety nie udało się zdobyć szczytu, ten ośmiotysięcznik zimą został zdobyty 16 stycznia 2021 r. przez grupę dziesięciu Nepalczyków.

„Zyga” po raz pierwszy stanął na szczycie ośmiotysięcznika w 1978 roku. Był to dziewiczy wierzchołek Kanczendzongi Środkowej. Kolejnym sukcesem było zdobycie Nanga Parbat. Podczas zejścia spadł 8 metrów, lądując na skalnej płycie, uderzając rakami. Mimo bólu nogi zdecydował się na schodzenie o własnych siłach. Po powrocie do kraju okazało się, że ma złamanie kostki bocznej.

Na uwagę zasługuje wyprawa do Karakorum (7852 m n.p.m.), gdzie czterech alpinistów, w tym Heinrich, stanęli na – do tej pory niezdobytym – wierzchołku Kunyang Chhish. Otworzyło to drogę zdobywcom gór wysokich na dalsze cele. Jednak w tej wyprawie zginął ich kolega, Jan Franczuk, który wpadł do szczeliny śnieżnej i mimo że udało się do niego dotrzeć, to życia nie udało się mu uratować.

Tragiczny finał miała też wyprawa na dziewiczy południowo-zachodni wierzchołek Maszerbruma (7806 m n.p.m.), leżący w Karakorum. „Dziadek” dotarł na szczyt w towarzystwie Marka Malatyńskiego i Przemysława Nowackiego. Po krótkiej radości i zrobieniu zdjęć ruszyli w drogę powrotną. Po drodze Malatyński zaczął tracić wzrok. W pewnym momencie obaj koledzy osunęli się z grani na północną stronę, a szarpnięcie liny do której cała trójka była przywiązana spowodowało, że „Zygę” wyrzuciło na południową stronę. Zapadający zmrok uniemożliwił mu dotarcie do kolegów. Wyruszył rano, znalazł ich, ale niestety obaj zmarli z wychłodzenia, bo ta część góry znajdowała się po nawietrznej stronie. Śmierć przyjaciół spowodowała, że zaczął coraz intensywnej myśleć o przemijaniu i kruchości życia i chciał, aby swój czas na tej ziemi wykorzystać właśnie na eksploracji i kontakcie z przyrodą.

Ukoronowaniem jego alpinistycznej działalności miało być zdobycie Everestu (8848 m n.p.m.), o czym marzył i czekał na pozwolenie 10 lat. Nie był już młody, miał 52 lata. Dołączył do ekspedycji, w której wzięli udział Eugeniusz Chrobak, Andrzej Marciniak, Wacław Otręba, Mirosław Dąsal („Falco”) i Mirosław Gardzielewski („Gardziel”). Niestety Heinrich w pewnym momencie zrezygnował i wrócił do bazy. Był to dla niego zbyt duży wysiłek.

Szczyt udało się zdobyć Marciniakowi i Chrobakowi. Na szczycie Chrobak powiedział: „To już koniec, Mount Everest”. Zmęczeni, niewyspani bez tlenu zaczęli schodzić. Każdy alpinista wie, że przebywanie powyżej ośmiu tysięcy wysysa energię i otępia. Nad ranem dotarli do obozu, by przespać się choć chwilę. Marciniak miał halucynacje. Ruszyli jednak dalej w dół. Spotkało ich załamanie pogody i monsunowe opady. Dotarli do obozu drugiego w śniegu po pas, później do obozu pierwszego, gdzie czekali na nich Dąsal i Gardzielewski. Z bazy natomiast wyruszyli Otręba i Heinrich by torować drogę kolegom. Wszyscy spotkali się na Przełęczy Lho La. Szli wpięci razem, krok, po kroku, zmieniając się co jakiś czas. Nagle, jak podawał Marcinak, śnieg podniósł się i jak fala zmiótł wszystkich po drodze. Lawina zebrała swoje żniwo. Marciniak odzyskał przytomność. Miał wybite zęby. Rozejrzał się i dotarł najpierw do Wacława Otręby. Odkopał go, następnie dotarł do Andrzeja Heinricha, który miał chyba złamany kręgosłup. Przykrył go puchową kurtką. Odkopał „Gardziela”, ale ten już nie żył, odciął nieżyjącego Dąsala od liny. Wrócił do Otręby, ale ten już zmarł. Pozostał przy życiu tylko Chrobak, który miał złamaną nogę i Marciniak. Marciniak nie mógł nic zrobić. Zostawił przyjaciela i sam zaczął schodzić w dół. Powiadomił bazę o zejściu lawiny. Na pomoc ruszył mu Artur Hajzer, który dzięki ludziom dobrej woli dotarł do Marciniaka.

Co było powodem wyjścia Andrzeja Heinricha naprzeciw kolegom? Najprawdopodobniej poczucie solidarności, przyjaźni i odpowiedzialności za szczęśliwy powrót współtowarzyszy. Góry wysokie są wymagające i tylko współdziałanie razem może doprowadzić do sukcesu. Nie ma tu czasu na zazdrość, konflikty, następuje naturalna selekcja. Poza tym „Dziadek” kochał świat lodowców i skał. Zdawał sobie sprawę, że jest w takim wieku, że jego możliwości fizyczne są dużo skromniejsze niż współtowarzyszy. Nie przeceniał ich. Zawsze było ostrożny i rozsądny. Liczył na to, że ta wyprawa może być jego ostatnią, wielką przygodą. Bardzo chciał wejść na szczyt tej monumentalnej góry, jednak wiedział już, że nie będzie mu to dane, ale mimo wszystko chciał poczuć tę adrenalinę i pożegnać się z górą swoich marzeń. Lawina zabrała mu życie, życie piękne, pozbawione złudzeń, życie twarde, wyznaczane przez przyrodę i jej potęgę. Został tam, gdzie widział sens swojego życia.

Andrzej Heinrich, „Zyga”, „Dziadek” tak mówił: „(…) ciągle mi się zdaje, że niektórych bliskich ludzi już nigdy nie zobaczę. Dla mnie, że mi się coś wydaje, albo, że coś czuję, przeczuwam, to normalka. Tam wysoko, jak wisisz na ścianie skrajnie wyczerpany, bez czucia w palcach, to nieraz mi się wydaje, że coś, albo kogoś słyszę, że z kimś rozmawiam, albo, że ktoś jest obok mnie. To jest tak, że równocześnie wiem, że tak nie jest i że mi się tylko wydaje i również równocześnie wiem, że tak jest i że mi się nie wydaje, jak we śnie, kiedy ci się śni coś głupiego i ty jakby wiesz, że to jest coś niemożliwego, a jednak ci się śni”. Pamięci himalaistów została poświęcona tablica na symbolicznym cmentarzu pod Osterwą. Motto cmentarza brzmi: „Umarłym na pamiątkę, żyjącym ku przestrodze”.

Angelika Grobelna

 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X