27.09.2021, 08:45

Znałam tylko jedną osobę

Spojrzałam w lustro. Blada twarz z naelektryzowanymi włosami i przekrwionymi białkami oczu. Odwróciłam się, żeby na siebie nie patrzeć i wyszłam w łazienki. Podążyłam długim korytarzem, które przecina piętro firmy na pół. Po prawej stronie dziesiątki biurek z ludźmi komunikującymi się ponad ściankami dzielącymi ich od siebie, w niekończącym się szumie wymiany informacji i stukania na klawiaturze. Po lewej przeszklone klatki, pokoje dla montażystów z szerokimi biurkami zawalonymi dyskami i ekranami. Weszłam do swojej klatki i zamknęłam za sobą drzwi, odcinając się od dźwięku. W tej pracowniczej kapsule, ze sztucznym powietrzem i pod białym światłem ekranów, spędzałam 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu. Usiadłam przy komputerze, poruszyłam myszką i zapalił się ekran. W otwartej stronie przeglądarki pojawiła się strona potwierdzająca kupno biletu samolotowego. Przelot z Warszawy do Londynu, z Londynu do Singapuru, z Singapuru do Melbourne. Zabookowałam bez żadnego szczególnego planu, bez wizy, sama. Chciałam po prostu coś przeżyć przed ukończeniem trzydziestu lat, zanim w końcu się dowiem, co bym chciała w życiu robić i przede wszystkim, żeby chociaż przez chwilę, być jak najdalej od tego, co znam. Nie dało się uciec dalej niż do Australii.

Znałam na miejscu tylko jedną osobę i to taką, której nigdy bym nie podejrzewała, że trafię na nią na drugim krańcu świata. Zjawiłam się u niej z walizką, w której mieścił się cały mój świat na następne dwa lata. Weronika była w szlafroku i właśnie założyła okulary, żeby mnie zobaczyć w bladym świetle wczesnego poranka. Usiadłyśmy w jej kuchni i rozmawiałyśmy, dwie Polki w Australii, jedna z niejaką wyższością po 6-miesięcznym pobycie na miejscu, a druga – chłonąc każde słowo dotyczące nowego, wspaniałego świata.

„Wiesz, w Polsce nigdy bym sobie nie kupiła takiej czapeczki z daszkiem” Weronika zakłada na głowę bejsbolówkę. Znałyśmy się w liceum i łączyła nas miłość do hip hopu. Byłyśmy zawsze pierwsze na dance floorze, nasze biodrówki zawsze wisiały najniżej i znałyśmy teksty piosenek Missy Elliot. „A tu w Australii – mam to gdzieś. Chodzę sobie w takiej głupiej czapeczce i czuję się swag”. Wyszłyśmy na Smith Street w dzielnicy kultury undergroundowej. Ulica kolorowa jak patchwork: restauracja z tureckim fast foodem obok dekadenckiego baru koktajlowego, włoska kafeteria przy wschodnich delikatesach, sklep z odzieżą używaną, przylegający do butiku miejscowego designera. Dziewczyna w kolorowych włosach, rowerzyści, murale, zapach hamburgerów, rozgrzanego chodnika i kwiatów doniczkowych. Wszyscy ubrani na czarno. Melbourne.

Przez parę pierwszych dni snuję się po ulicach, szukając znaków, które wskażą mi dalszą drogę. Poprzez ogłoszenie na FB ląduję jako asystentka na planie teledysku. Nie jest to dużo płatne, ale to jest nieważne. Cieszę się, że mogę wykorzystać swoją, wciąż świeżą po studiach, wiedzę o produkcji filmowej. Na planie poznaję nowych znajomych. Ciekawa jestem jak wygląda główna artystka, z którą wymieniałam maile w sprawach organizacyjnych. Wchodzę do pokoju, gdzie jakaś piękna i radosna dziewczyna, z dramatycznym makijażem i klatką na głowie – taki był zamysł artystyczny – przedstawia się jako wokalistka i główny powód zamieszania. To jest Isabelle, która zostanie moją przyjaciółką na zawsze.

Po nakręceniu teledysku Isabelle chciała ze mną „hang out”. Jestem sama i obca, więc mówię „tak” na absolutnie wszystko. Znowu w szlafroku – to jakiś motyw – Isabelle wprowadza mnie do swojego świata. W jej malutkim pokoiku z łapaczem snów, zagraconym keyboardami i gitarami, występujemy dla siebie. Ona gra mi swoje piosenki, a ja jej rapuję po polsku. Dwa światy się spotykają. Niedługo dojdę do wniosku, że ja i ona jesteśmy tą samą osobą, tylko o innej narodowości i włosach.

Isabelle załatwiła mi pracę w centrum miasta, w sklepie z płaszczami, które kosztują 500 dolarów każdy. Ubieram się codziennie w jedyne botki i czarne spodnie, jakie mam. Czeszę włosy, robię makijaż, bo panie, które odwiedzają ten sklep, muszą czuć się drogo. Mam tylko dwie zmiany tygodniowo, a moje oszczędności już poszły na tanie sushi i bilet do kina, więc teraz żyję naprawdę jak emigrantka. Żeby zaoszczędzić, jestem house-sitterką. Opiekuję się domami i zwierzętami, które w tych domach mieszkają. Biorę nawet z alergią na koty, bo to oznacza mieszkanie i dostęp do lodówki właścicieli. Siedzę w wannie, żeby ulżyć alergiom i dlatego, że zima istnieje w Australii, a oni tutaj nie słyszeli o centralnym ogrzewaniu. W pięknych wiktoriańskich domach są kominki, ale raczej dekoracyjne. W latach 60-tych kominki na całym świecie zastąpiły bardziej współczesne technologie grzewcze. Natomiast tutaj, w Melbourne, tym dziwnym klimatycznym miejscu w Australii, gdzie zima naprawdę istnieje – żałuję, że nie zrobiłam lepszego researchu, zanim tu przyleciałam – kominki zostały zastąpione przez klimatyzację. Mają one opcję dmuchania ciepłego powietrza, ale to nic nie daje, a rachunek jest bardzo wysoki, więc każdy normalny właściciel mieszkania zabrania gościom używać tej opcji. W jednym tylko domu w dzielnicy Preston, gdzie miałam pod opieką zwariowanego psa Alice, właściciele, którzy pojechali na wakacje do Tajlandii (może dlatego, że lubią ciepło) zainstalowali centralne ogrzewanie. Wyprowadzałam Alice w lodowatym deszczu i wracałam do ciepłego domku, oglądałam Netflix i słuchałam szumu przejeżdżającej kolejki. Nawet płytki były ogrzewane w łazience, więc stałam na nich, czekając na lato, na pracę, na jakiś przełom.

Jeżdżąc na rowerze po wspaniałych ulicach Melbourne, miasta, w którym podobno żyje się najlepiej na świecie*, staram się ignorować burczący brzuch i wystawy sklepów z rzeczami i jedzeniem, którego nie mogę mieć. Szłam do pracy już tylko raz w tygodniu – tuż przed tym jak mnie zwolnili - i czułam się nie na miejscu, wygładzając kanty drogich sukienek i wybierając idiotycznie zbędne fascynatory dla kobiet, które wybierały się na Melbourne Cup, żeby się pokazać i pod pretekstem wyścigów konnych, w wielkim kontraście do ich pięknych sukienek, podle upić. Wielka, wspaniała Australia była gdzieś poza zasięgiem i byłam tu na razie tylko gościem, kimś, kto na własne życzenie wygnał się z domu, żeby zajmować się domami i zwierzętami innych ludzi i patrzeć na wszystko zza szklanej szyby. Wracając myślami do kapsuły ze sztucznym powietrzem i białym światem, gdzie warunki zmusiły mnie do zmiany toru swojego życia, wiedziałam, że to była dobra decyzja. To nie była wina ani Polski, ani Australii, że czułam się obca i tu, i tam. Wyzwolona z inkubatora, jako świeżo wykorzeniona Polka daleko mi było do wygenerowania dla siebie domowego ciepła. Byłam skupiona balansowaniem po niezwykle cienkiej linie, łączącej mnie z jedyną osobą, którą tu znałam. Była to, mimo wszystko, mimo alergii, mimo burczenia w żołądku, mimo odosobnienia, linia szyta złotą nicią. Trochę to zajmuje, żeby z tego wyszedł dobry płaszcz i czapeczka, która mówi, że jestem swag.

Ita Sypniewska

* The Economist Intelligence Unit publikuje coroczne zestawienie miast świata, w których żyje się najlepiej. W 2019 Melbourne było pierwsze w rankingu i utrzymało tę pozycję przez 7 lat pod rząd.
 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X