12.07.2017, 16:32

Wakacyjne legendy

Bierze mnie ostatnio na wspominki. Może dlatego, że odkąd pojawiły się dzieci, życie można faktycznie podzielić na dwa wyraźne okresy: przed i po dzieciach. Tak mawiają wszyscy rodzice i jest to podział wyraźny. Podróżujemy mniej, inwestycje finansowe skupiają się głównie na ich potrzebach, mniej śpimy, jesteśmy zmęczeni i przemęczeni, wiecznie walczymy z każdą najprostszą czynnością higieniczną (umyj zęby, ubierz się). Jednocześnie nigdy przed nie byliśmy tak przepełnieni miłością jak teraz, wypełnieni po brzeg i podekscytowani konfrontacją z każdym dniem zmian, jakie zachodzą w naszych dzieciach. I czasami myślimy nawet o kolejnym. Czy ktoś potrafi wytłumaczyć ten paradoks? 

Na wspominki nachodzi mnie w przeróżnych sytuacjach. O, na przykład dzisiaj: spacerowałam z Helą, która bawiła się swoim ulubionym mleczkiem przeciwsłonecznym Bebe-Enfant Mustela (nie dała sobie wyrwać butli po smarowaniu ciałka, swoją drogą: mleczko ma bardzo dobre i bezpieczne dla dzieci filtry i towarzyszy nam od początku lata. Jest do kupienia w Aptekach). Południowe słońce prażyło, gdy do nosa dotarł zapach ulicznego jedzenia. 
Ciepło powietrza pomieszane z aromatem zupy od razu skojarzyło mi się z ukochaną, poczciwą, serdeczną Azją.

A dokładnie z takim wydarzeniem:

Wybraliśmy się z moim chłopakiem (obecnie mężem) do starożytnej, ukrytej w Nepalskich górach świątyni. Niewielką wioskę Sankhu, naszą bazę wypadową, zostawiliśmy w dole, pnąc się teraz po starych, dosyć stromych schodach. Po drodze witały nas bardziej lub mniej przyjazne małpy oraz nieliczni mnisi, którzy załatwili już w świątyni swoje modlitewne sprawy i pojedynczo wracali do wioski. Dotarliśmy na szczyt. Zasapany, grubiutki mnich przysiadł przy wodopoju. Wycierał z czoła pot chusteczką, ale zdawał się być z siebie bardzo ale to bardzo dumny. "Słuchajcie" - odezwał się do nas po angielsku. "Będę miał dużo szczęścia". Słuchaliśmy uważnie z chłopakiem. "Mów dalej, ja też chce mieć szczęście w życiu, może się od ciebie czegoś nauczę" -wyprosiłam spojrzeniem by kontynuował. "Jest tutaj takie małe okienko w ruinach. Legenda głosi, że kto przez nie przejdzie ten będzie miał szczęście do końca życia. Nie wiem czy jakiś Europejczyk tego dokonał ale uda wam się. Spójrzcie na mnie - skoro mi się udało, takiemu grubasowi, to i wam się uda".

Przyklasnęłam. No jasne, że spróbuję. "Pamiętaj, jeśli przez okienko przejdą Ci ramiona to reszta ciała na pewno się zmieści. To jest zasada z którą się nie dyskutuje". Zachęcona tym zapewnieniem podeszłam do okienka. Zrobiłam kilka przysiadów, wyciągnęłam ciał do góry, zrobiłam trzy skłony i do dzieła. Najpierw głowa. Ok, pierwsza część za mną. Dalej przeszły ramiona. Super! Jestesmy w domu.Teraz tylko biodra i mam szczęście do końca życia. Brawo.Pierwsza europejka, która przeszła przez okno szczęścia. Ale co to? Chyba zaczynam się powoli spinać. Biodra spięte, ciało sztywnieje. Nie mogę się dalej ruszyć. Powoli wpadam w panikę, grupa gapiów zaczyna się powiększać. z jednej strony widzę gesty uznania ze strony autochtonów, z drugiej - zatroskany wyraz twarzy mojego chłopaka. O! Już widzę, że zaczyna robić zdjęcie. No świetnie. Minuty lecą, ja zesztywniała, do połowy przyblokowana w średniowiecznych ruinach, myślę tylko o tym, że wstyd będzie, jeśli przyjdzie im rozwalać dłutem te piękne pozostałości po przodkach. Och, ja głupia turystka, co mi do głowy przyszło ! Przestaje być z siebie już taka dumna choć jeszcze 20 minut temu pękałam, rozpalona dumą, gdzieś między głową, a ramionami.

Przysięgam, myślałam wtedy, w tamtej konkretnej chwili, że moje dni są policzone. Przecież nikt nie zaryzykuje dewastacji świątyni dla jednej dziewczyny! Jesteśmy z dala od cywilizacji, w górach, na dole tylko mała wioska...Nikt nie przyjdzie z pomocą. Naprawdę się wystraszyłam. Rozgoniłam w złości wszystkich gapiów i w medytacji (choć nigdy tego nie robiłam !) wyciszyłam swoje ciało i głowę. Mięśnie odpuściły, ciało zwiotczało. I nagle wydarzył się cud. Jakaś siła wypchnęła mnie z powrotem do środka. Nie, nie w stronę szczęścia lecz do punktu wyjścia ale wypchnęła. Z tego wszystkiego wyciągnęłam jedną naukę, którą stosuję do teraz: czasami 5 minut spokoju i medytacji, jakkolwiek ona nie wygląda (każda z nas ma swój własny sposób) pozwala zdziałać prawdziwe cuda. Czasami wystarczy głęboki wdech, zamknięcie oczu, pomyślenie o czymś miłym, wyciszenie myśli, złości, przegnanie zmęczenia.

Dziewczyny, matki - siła spokoju nas uratuje! 

ps. Na zdjęciu jak w czasie próby...

 

Joanna Plesnar - Woman na Macierzyńskim

 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Sponsorzy

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera TwitterDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X