25.09.2020, 08:45

W Sopocie każdy był obcy i każdy był swój

„Mieszkania stały puste i zajmowało się je tak, jak się trafiło. (…) Pod jedynką mieszkali państwo z Warszawy, u góry Lwowiacy, z tyłu Kaszubi, przez ścianę Kaszubi. Tu każdy był obcy i każdy był swój.”

 

ALEKSANDRA KARKOWSKA: Przed wojną Sopot należał do obszaru Wolne Miasto Gdańsk i był zamieszkiwany przez Niemców, Polonia stanowiła 20%, z czego większość to byli Kaszubi. Po wojnie znalazł się w granicach Polski. Sopot nie był też zniszczony, jedynie kasyno i hotel w centrum miasta zostały zburzone przez armię radziecką.

Zaczął się zaludniać Polakami po 1945 roku.

Zniszczone miasta nie mogły przyjąć swoich mieszkańców, dlatego wielu szukało nadziei na północy kraju na nowych ziemiach. Cześć osób była z Kresów, bo pozostając w kraju mogli tylko przyjąć radzieckie obywatelstwo. Jedna Pani wspominała, ze przez miesiąc jechała z matką w bydlęcych wagonach, by dojechać do Polski, do Sopotu.

To jedna z wielu bohaterów książki „Mewa na patyku”, którą napisałaś wspólnie z Barbarą Caillot. Dla osób przybywających do stojącego miasta, musiał być to szok. Wielu uciekało z cmentarzysk…

 

 

 Ludzie opowiadali nam, że nie tylko stojące domy ich zadziwiały, ale i kościoły były nie takie, jak znali. Strzeliste, gotyckie budowle były kompletnie inne niż te, które znali przyjezdni do Sopotu z Wilna czy Lwowa (ja nazywam te kresowe kościoły „sienkiewiczowskimi”).

To była inna bajka.

Wiele mieszkań było umeblowanych. Poprzedni mieszkańcy mieli krótki czas, by zabrać swoje rzeczy i opuścić dom. Nasi rozmówcy wspominali, że na rynku w Sopocie można było kupić całe wyposażenie domów: garnki, talerze, obrusy. Jedna pani wspominała, że kiedy weszli do mieszkania, gdzie były meble - ojciec musiał podpisać oświadczenie, że muszą wykupić je od państwa: kredens, stół i 4 krzesła. Natomiast był tam też fortepian, na który nie było przydziału. Zabrano go potem do Akademii Muzycznej.

Tak z ulicy ludzie wchodzili i zajmowali wolne lokale?

Potem trzeba było ich pilnować, bo jak wyszedłeś to zdarzało się, że wchodziła kolejna osoba myśląc, że jest puste. Posłuchaj takiego fragmentu z książki:

„Mieszkania stały puste i zajmowało się je tak, jak się trafiło. Kto pierwszy, ten lepszy. Pod jedyną mieszkali Państwo z Warszawy, dalej Kaszubi i Kaszubi. Tu każdy był obcy i każdy był swój”.

W książce, tak jak w poprzednich swoich publikacjach, nie podpisujecie wspomnień, dlaczego?

Mamy taką zasadę, że nie podpisujemy swoich bohaterów, bo są oni wybrani według określonego klucza. W przypadku Sopotu byli to mieszkańcy z lat 1945-1960. W swoich książkach próbujemy stworzyć jedną wielką baśń. Wynika to z tego, że historie opowiadane są do siebie podobne. Poza tym niektóre wspomnienia są bardzo intymne. Na przykład: jedna z pań wspominała, że w mieszkaniu obok jej rodziny mieszkały dwie Niemki, które miały wykopane drzwi butami i strasznie się ucieszyły, gdy do budynku wprowadziła się polska rodzina, bo poczuły się bezpieczniejsze. „Myśmy nie pytali, one nie mówiły”, ale domyślaliśmy się dlaczego.

Jakie sopockie wspomnienia powtarzały się najczęściej?

O inności i radości z widoku drzew owocowych, ciszy, że nikt nie strzela. Tu wiele osób rodziło się na nowo. Każdy tu był skądś i wszyscy zaczynali od zera. Panowała sąsiedzka atmosfera. Robili wspólnie porządki – prali w balii, wychowywali dzieli i obchodzili razem święta. Nie było lodówek, więc trzymano rzeczy w woreczkach na parapecie i wydać było, że każdy pochodzi z innych stron i szykuje inne potrawy na święta. Jedni robili kluski z makiem, inni śledzie czy dorsza. Potem często razem siadali do wigilii.

 

 

Jak zbierałyście wspomnienia do książki?

Pomieszkiwałyśmy w Sopocie – miałyśmy pensjonat nad morzem, z pięknym ogrodem, gdzie pracowałyśmy nad książką. Muzeum Sopotu zaprosiło nas do napisania dla nich tej książki. Muzeum od lat prowadzi projekt „Sopocianie”, zbierają wspomnienia mieszkańców, jak to było, gdy wprowadzili się do miasta. Są to przepastne archiwa pełne informacji i zdjęć. Czytając je od razu wiedziałyśmy, które fragmentu wejdą do książki, no i szukałyśmy części wspólnych. Ciekawe były wspomnienia, że np. pomarańcze docierały do Trójmiasta jako pierwsze, wcześniej niż do innych miast w Polsce. Sama pamiętam, jak w „Dzienniku Bałtyckim” szukało się ogłoszeń, kiedy statek przypływa do portu, by udać się na zakupy. Te zapiski, nagrania mieszkańców, to była nasza biblia, na podstawie, której pisałyśmy książkę „Mewa na patyku”. By dopełnić te historie spotkałyśmy się z wybranymi osobami, dopytałyśmy o pewne szczegóły.

Skąd tak tytuł?

Większość bohaterów wspominała pana, który chodził po sopockiej plaży krzycząc: „Meeeewa! Lody Meeewa na patyku!”. Dla jednych były przepyszne, dla innych była to zamrożona woda z cukrem, ale wszyscy je wspominali. To smak ich dzieciństwa.

LINK DO FILMU promocyjnego książki

Aleksandra Karkowska: Z wykształcenia ekonomistka, z zawodu konsultantka, z zamiłowania organizatorka imprez kulturalnych. Społecznie tworzy Festiwal Otwarte Ogrody. Kocha podróże, książki, fotografię. Autorka książek, m.in. „Banany z cukru pudru”, „Na Giewont się patrzy”, „Mewa na patyku” oraz „Marsz, Marsz Batory”.

Rozmawiała: Katarzyna Krauss

 
 

 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X