11.12.2020, 08:45

Udział w programie MasterChef był jak wejście na Mount Everest – mówi Sylwia Garska-Chmarycz

Nawet w sytuacjach beznadziejnych stara się rozśmieszyć siebie i innych, aby na chwilę oderwać się od utrapień, tak już ma. Na oczach widzów zmieniała swój styl gotowania i odrobiła tę lekcję na 6 i doszła do finału programu!

 

 

Katarzyna Krauss: Co Cię skłoniło do wzięcia udziału w programie, bo ja oglądam program, chcę wziąć udział, ale ciągle się boję.

Sylwia Garska - Chmarycz: Moje podejście do życia jest trochę inne, dużo od siebie wymagam, stawiam sobie cele. Lubię kiedy coś się dzieje, jestem strasznie ciekawa życia, uwielbiam podniesiony poziom adrenaliny we krwi, ale również uważam, że w życiu należy spróbować wszystkiego, co choć trochę zaświta mi w głowie jako wyzwanie. Podejrzewam, że gdybym kochała góry to już słyszelibyście o mojej wyprawie na Mount Everest, ale to jednak nie moje klimaty (bardziej mojego syna), więc moim wyznacznikiem Mount Everestu jest właśnie udział w programie Masterchef. Kocham gotować, realizuję się w tym, staram się udoskonalać, bo w końcu jestem kucharzem amatorem i uważam, że nawet mi to wychodzi.

Myślałaś, by otworzyć własną restaurację? Jeżeli tak, to czy masz już na nią pomysł?

Marzę o tym od chwili ugotowania mojego pierwszego ziemniaka... Moja wymarzona knajpka ma już nazwę: Chmaryczówka smaczne „garki”. Projekt już jest, więc jest jak najbardziej realny. To miejsce totalnego relaksu, do którego będzie się bardzo chciało przyjechać i nie wyjeżdżać zbyt szybko, otoczone lasem, pięknymi widokami, a powiew świeżej bryzy morskiej dopełni całości. Działka jest położona w odległości 2 km od dziewiczych plaż Bałtyku i jak się dobrze wsłuchacie to słychać szum morza, czego chcieć więcej.

Zaprzyjaźniłyście się z Olą Juszkiewicz na planie, co Wam ta przyjaźń dawała w czasie zdjęć?

Trzeba pamiętać, że program trwa naprawdę długo, około 2 miesięcy w zależności od okoliczności i umiejętności. My dowiadywałyśmy się z tygodnia na tydzień, że jesteśmy dalej w kolejnych odcinkach i tak jak w zwyczajnych ludzkich warunkach przyjaźnie się zawiązują.

Często na planie powtarzałaś, że ważna jest dla ciebie rodzina, niejako gotowałaś dla nich, co Ci ta rodzina dawała tak na odległość?

Jestem mamą, żoną, córką.... i rodzina dla mnie jest najważniejsza na świecie, dlatego ją stworzyłam. Mieszkamy w odrębnych mieszkaniach, lecz łączy nas jedno, a mianowicie wspólne posiłki. Mieszkam w Choczewie, wsi oddalonej od Sopotu o około 80 km, więc wracam z pracy dość późno. Nadwornym kucharzem jest moja mama, u której po powrocie z pracy zawsze czeka na nas ciepły posiłek i długie rozmowy na temat dnia. W każdy weekend stery kuchenne przejmuję ja i wtedy posiłki też są wspólne. To jest takie polskie, wydaje mi się. Każde danie wydane przeze mnie w programie było głęboko przemyślane wewnętrznie czy przyjął by to "kapitan", to znaczy moja mama i myślę, że tak. A odległości pokonywaliśmy dzięki dobie Internetu. Byliśmy na bieżąco, nawet śpiewałam kołysanki mojej córce wieczorem i odrabiałam lekcje z synem przez kamerkę.

Na oczach widzów zmieniłaś styl gotowania. Na początku gotowałaś na pewno pysznie (żal, że my widzowie nie mogliśmy tego spróbować), ale była to kuchnia tradycyjna, wyglądająca na lekko tłustawą i ciężką. Czy łatwo Ci było przejść do kuchni niezwykle lekkiej w smaku, ale i w wyglądzie?

Nie do końca mogę się z tym zgodzić. Jak miałam zrobić schabowego idealnego nie smażąc go na smalcu? Ponadto czy kuchnia polska nie należy do ciężkich? Wydaje mi się, że tak, ale też wiem, że nie smażyłam tyle na oleju, co inni uczestnicy. W sumie nawet tego unikałam, nie wiem dlaczego to do mnie tak przywarło, czyżby przez kapustę? Moja kuchnia w MasterChefie ewaluowała, bo podpatrywałam inne dania i czerpałam wzorce. Uważam, że dobrze odrobiłam tę lekcję.

Jesteś niezwykle pozytywną osobą, skąd czerpiesz energię i radość życia?

W sumie nie wiem, skąd we mnie tyle energii i pozytywnego myślenia. Jestem pozytywnie nakręcona całe dnie, oczywiście wieczorem opadam z sił, ale rano wstaję zawsze z pytaniem, co dziś może się dobrego wydarzyć. Widzę wokół siebie dużo ludzi załamanych, bez wiary w siebie, niezainteresowanych, oczywiście na to składa się wiele czynników, i nigdy ich nie oceniam, natomiast zawsze staram się pomóc, dać trochę z siebie, podnieść na duchu. Nawet w sytuacjach beznadziejnych staram się rozśmieszyć, aby na chwilę oderwać się od utrapień, tak już mam. Uwielbiam przytulać ludzi, całować moje dzieci, męża oczywiście też. (Śmiech). Boję się o czas... o to, że się nie nażyję... że będzie mi wiecznie mało tego życia, dlatego tak pędzę i szkoda mi czasu na smucenie się, bo to nie uskrzydla.

Zdradzisz swój ulubiony przepis z programu?

Bezapelacyjnie KULA CZEKOLADOWA. To arcytrudne zadanie, wymagające skupienia, koncentracji, logicznego i konstruktywnego myślenia. Raz się poddałam oficjalnie, ale myśli, jakie miałam wtedy w głowie, nie chcielibyście słyszeć (śmiech). Uważam, że jak ktoś ją zrobił (ja po raz pierwszy pod presją czasu), to wie, czego dokonałam. To było przełomowe danie.

Twoja ulubiona potrawa?

Kocham ryby pod każda postacią, mogą być nawet w czekoladzie – na przykład sardynki w gorzkiej.

 

Sylwia Garska-Chmarycz . Ma 39 lat i mieszka w Choczewie, niedaleko Wejherowa. Ma własną firmę budowlaną. Doszła do finału programu MasterChef.

Foto: źródło TVN

 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X