01.10.2015, 14:09

Rozmawiamy: Peter Fudakowski o swoim najnowszym filmie, miłości do polskich Tatr i presji związanej z otrzymaniem Oscara®

O wyzwaniach związanych z realizacją najnowszego filmu, miłości do Tatr oraz presji związanej z otrzymaniem Oscara®, rozmawiamy z Peterem Fudakowskim: producentem filmowym, reżyserem i scenarzystą, nagrodzonym statuetką Akademii Filmowej za film "Tsotsi”.

 

Maria Krauss: Zanim o filmie “Tajemniczy sojusznik”, to porozmawiajmy o Tobie. Kim jesteś?

Peter Fudakowski: Urodziłem się w Londynie w 54 roku. Moi rodzice przyjechali do Anglii po wojnie. Moja matka przeżyła Powstanie Warszawskie a ojciec był w partyzantce. W 1946 roku poznali się w Londynie. Wychowałem się I wykształciłem wśród polskiej emigracji. I to bardzo mnie naznaczyło.

Czyli rodzice zdecydowali się na emigrację ze względów politycznych, nie brali pod uwagę pozostania w Polsce?

Dziadek był w polskim wojsku, ewakuowanym do Szkocji, więc cała rodzina się tam znalazła. Oczywiście decydowały względy polityczne. Dziadek I babcia byli w AK, więc uciekli przez Włochy, po drodze mając różne przygody.

Powiedziałeś, że wychowałeś się wśród londyńskiej polskiej emigracji, jak to się w codzienności przejawiało?

Moje wykształcenie I wychowanie było takie, że do 5. roku życia w ogóle nie mówiłem po angielsku. W domu mówiliśmy oczywiście po polsku. Szkoła lokalna katolicka, a wszystkie społeczne działalności, życie towarzyskie to raczej z rodzinami i dziećmi emigracji. Oczywiście wszyscy my – emigranci – żyliśmy między Anglikami, ale też w znacznym odseparowaniu od nich. Z czasem bardziej się integrowałem z Anglikami i ten świat się rozszerzał. Wybrałem Cambridge University i ten świat jeszcze bardziej się rozszerzył. Studiowałem ekonomię i biznes. Myślałem, że zawsze będę biznesmen, bankierem czy finansistą, ale w sercu zawsze miałem miłość i pasję do filmów. Nie mogłem się tego pozbyć. Za każdym razem jak myślałem: Co dalej w życiu? Wiązało się to z filmem raczej niż z ekonomią. Ale nie znałem nikogo w tym zawodzie.

Kiedy pierwszy raz przyjechałeś do Polski?

Jeździliśmy do Polski dość często. Raz na kilka lat odwiedzić rodzinę. Pamiętam jeszcze przekraczanie granicy w czasie komunizmu – zawsze to było straszne i przerażające dla dziecka, później młodzieńca. W 1977 roku przyjechałem do Polski po raz pierwszy z dziewczyną – moją przyszłą żoną, bez rodziców. Chciała sprawdzić jak Polska wygląda i czy sobie da radę z tym wszystkim. To było bardzo ciekawe doświadczenie. I Henrietta poczuła tę polską miłość, otwartość. I dotąd czuje się tu bardzo dobrze.

Już wtedy odkryliście miłość do Tatr, do gór, czy to przyszło później?

Kilka lat wcześniej byłem na wycieczce ze wspaniałym księdzem Okońskim, który organizował wycieczki dla młodzieży. Jeździliśmy po Polsce po zakonach, w których nocowaliśmy i mieliśmy wykłady. I raz pojechaliśmy też do Zakopanego w zimie na narty. Jak zobaczyłem Zakopane pod półtora metra śniegu, te wszystkie piękne stare drewniane domy, to pomyślałem, że marzyłbym mieć taki domek, żyć w górach. I piętnaście lat później to marzenie się ziściło. Wybudowałem dom w Zakopanem.

Dzisiaj twoje życie dzieli się między wiele miejsc, ale Zakopane jest istotnym punktem w Twoim podróżowaniu, powiedz jak się wśród górali czujesz?

Lata 90. były okresem wielkich zmian w Polsce i był to też pierwszy moment, kiedy można było myśleć o powrocie w pewnym sensie. Marzenie, żeby zbudować dom z drzewa i żyć wśród górali, w których się zakochałem spełniło się. Poznałem górali, zaprzyjaźniliśmy się, powiedziałem o swoim marzeniu. A oni powiedzieli – Oczywiście, pomożemy ci znaleźć ziemię i wybudujemy ci dom. Tak się stało. I to jest moje miejsce na ziemi. Bardziej może niż Londyn, który jest intelektualny, też rodzinny, ale Zakopane jest miejscem na ziemi.

Fotografujesz, chodzisz po górach, robisz filmy, ale zaczynałeś jako ekonomista. Produkowałeś filmy odnoszące sukcesy aż do zdobycia statuetki Oscara. Jaki to jest punkt w życiu producenta?

W 2006 roku wygraliśmy Oscara za film „Tsotsi”. To była moja pierwsza praca jako twórczy producent. Znaczy znalazłem historię, zatrudniłem reżysera, znalazłem pieniądze, potem brałem udział w montażu filmu, Henrietta [Fudakowski] pracowała nad scenariuszem, więc to był bardzo nasz film. Zrealizowany w RPA, ale dużo tej pracy było też w Zakopanem, jak choćby prace nad scenariuszem. Sama nagroda to szczyt marzeń dla producenta, który ma ambicję robić filmy dla ludzi, dla szerokiej publiczności, a nie tylko filmy festiwalowe. Oscar to oznaka, że film jest wartościowy, ale też komercyjny. To mnie zawsze ciekawiło: połączenie komercji z ważnym tematem.

Po nagrodzie trudniej się zabrać za następny film czy łatwiej? To jest ciężar czy lekkość?

Wygranie Oscara może być dwuznaczne, sukces i porażka: sukces, bo wspaniale mieć tę nagrodę, ale też może być porażką, bo przy następnym filmie wszyscy spodziewają się nagród. A to jest bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. W przypadku każdej nagrody trzeba też mieć dużo szczęścia. Nagroda zasadniczo ułatwia dalszą pracę w tym sensie, że każdy chce z tobą porozmawiać na temat kolejnego projektu. Twórczo jednak nie ułatwia, bo każdy film jest nowym projektem, zaczyna się od podstaw. Pamiętam takie spotkanie z Krzysztofem Zanussim, po wygraniu Oscara. Krzysztof ma pewne poglądy na Oscara, które nie są zawsze pozytywne, ale powiedział mi coś ciekawego: – Ten Oscar zmieni ciebie i twoje życie. Nie bardzo zrozumiałem o co chodzi. I czekałem na ten moment… Zmieniło to moje życie w taki sposób, że pozwoliło mi dalej tworzyć, pisać i marzyć a nawet myśleć konkretnie o reżyserowaniu. Wielka zmiana dla kogoś, kto nie skończył szkoły filmowej. Oscar był przyzwoleniem na dalszą pracę kreatywną. Twórczy producent bez wątpienia tworzy, ale reżyser i scenarzysta przede wszystkim.

Gdyby wrócić do Twojego myślenia inwestorskiego, czyli finansowego o filmie, jak obserwujesz dzisiejszy rynek filmowy, też z doświadczenia „Tsotsi”, w jakich filmach inwestorzy widzą potencjał, w jakie filmy Ty byś zainwestował?

Mam dylemat, że jako producent, a teraz także jako scenarzysta i reżyser widzę wszystkie strony tworzenia filmu: od podstaw twórczych i od podstaw finansowych. I czasami to jest problem, bo jako twórca to bym chciał tworzyć, ale w tym samym czasie myślę, jak to wyprodukować. To w efekcie hamuje twórczość, więc albo muszę wyłączyć myślenie finansowe, komercyjne i pisać albo tylko jako producent. Co robić? Oczywiście jako producent szuka się haka, żeby to potem sprzedać. Najtrudniej dzisiaj się przebić: bez albo ogromnego budżetu na promocję, albo gwiazdy filmowej. Najłatwiej sięgnąć do czegoś, co jest marką samą w sobie: aktor, powieść etc. Ale to nie jest ciekawe, żeby wszystkie filmy robić w ten sposób.

Opowiedz o pracy przy filmie „Tsotsi” i jak to jest być producentem kreatywnym? Jak przekonać inwestorów?

Film powstał na podstawie książki „Tsotsi” autorstwa Athola Fugarda – pisarza i scenarzysty raczej sztuk teatralnych. Ten temat mi wpadł znikąd. Nie jestem z RPA, nie znałem się na Południowej Afryce. Jak byłem z moją córką Kasią w Nowym Jorku ktoś mi podsunął tę książkę. I okazało się, że już wielu producentów amerykańskich chciało zrobić film na jej podstawie. I powstało nawet wiele scenariuszy, ale film nigdy. Historia się dzieje w latach 60. w Soweto, w dobie apartheidu. Dla mnie to była bardzo prosta historia, która w książce jest skomplikowana i zagmatwana. Zobaczyłem w tym historię młodego gangstera, który porywa dziecko i musi poradzić sobie z tą sytuacją: sprzedać, zabić, porzucić. Ale jak sprzedać taki film zachodniemu widzowi? Nie wiedziałem. Złożyło się na to kilka szczęśliwych okoliczności: w Cannes, kiedyś poznałem reżysera Gavina Hooda a także grupę inwestorów z RPA gotowych inwestować w filmy.

Przy filmie „Tsotsi” byłeś producentem. Przy filmie „Tajemniczy sojusznik” byłeś również reżyserem i scenarzystą, to wywołuje pewną dwuznaczność, bo niekiedy interesy producenta i reżysera na planie są sprzeczne. Jak ty sobie z tym radziłeś?

Peter Fudakowski: Pewne rzeczy są łatwiejsze, bo muszę tylko z sobą się zgodzić w sprawach finansowych i twórczych [śmiech]. Oczywiście jest konflikt: twórca chce wszystko a producent chce, żeby to było w budżecie i na czas. Dziś, mając to doświadczenie, które mam, nie radziłbym twórcom czy producentom łączyć te role. Zdarza się to często, bo twórcy, którzy wierzą w swój pomysł i chcą go zrealizować, nie są w stanie przekonać producenta. Łatwo jest krytykować gotowy film, ale jak się zaczyna jest tylko pomysł na papierze. Trzeba widzieć dalej i więcej. A jednocześnie zawsze jest ryzyko – i ponoszą je wszyscy, również inwestorzy – bo film jest magią. I na jego powstanie i sukces składa się tyle czynników, że raczej powstanie dobrego filmu należy zaliczyć do cudów.

Zdecydowałeś się na trudną literaturę. Skąd pomysł na oparcie filmu o Josepha Conrada?

Przekonywanie udziałowców do „Tsosti” było bardzo trudne, usłyszałem nawet wild horses wouldn’t drag me to see this film” [dzikie konie nie zaciągnęłyby mnie, żeby zobaczyć ten film]. Z „Tajemniczy sojusznik” było podobnie. Koledzy czytali dwie-trzy strony i więcej nie byli w stanie. Przekonywać trzeba tylko konsekwencją, uporem i pracą nad scenariuszem. Przełożyć Conrada na film jest bardzo trudne. „The Secret Sharer” to krótka nowela i długo wydawało mi się, że przełożyć to na film będzie dość proste. Po dwóch latach od rozpoczęcia prac nad scenariuszem zdałem sobie sprawę jak bardzo jest to trudne, ale już wtedy nie było odwrotu. To jest literatura trudna, ale niesamowicie bogata. I ciągłe pytanie: jak przekazać niuanse Conradowskie i jednocześnie zrobić ciekawy, zabawny film. Dla inspiracji oglądałem mnóstwo filmów, ale też czytałem np. dzienniki Andrzeja Wajdy, który zrobił „Smugę cienia”. Napisał potem obszerną analizę pracy nad Conradem i pamiętam cenną refleksję, że cokolwiek się doda do Conrada, to w końcu odpada w montażu. I to jest chyba najtrudniejsze dla scenarzysty: dodać jakieś elementy historii, ale żeby potem nie czuło się, że to jest dodane. Po drugie, trzeba Conrada rzucić w powietrze i zobaczyć, co wyląduje. Nie można wszystkiego brać dosłownie. Miałem te wskazówki Andrzeja Wajdy z tyłu głowy, pisząc „Tajemniczy sojusznik”.

Dokonałeś odważnego zabiegu: głównego bohatera Conradowskiego robisz w swoim filmie kobietą. Wpływa to znacząco na cały kontekst filmu i energię. Dziś gdy oglądasz film uważasz, że był to słuszny zabieg?

„The Secret Sharer” Conrada dzieje się w Zatoce Syjamskiej. Nasz film też, ale o sto lat później. Początkowo chciałem zrealizować film we współczesnych Chinach, które uważam za bardzo ciekawe i warte przyjrzenia się miejsce. Główny bohater ma na imię, może trochę przewrotnie, Konrad i płynie rozwalającym się statkiem do Chin. Wartości Conradowskie dalej są bardzo aktualne, szczególnie w Chinach. Takie wartości, które może trochę zanikają na Zachodzie: poświęcenie, obowiązek, rodzina. Mimo panującego tam reżimu, ludzie są bardzo rodzinni i są w związku z tym gotowi zrobić wszystko dla rodziny. Właśnie o tych wartościach jest opowiadanie Conrada i nasz film. Główny bohater, Konrad obejmuje dowództwo chińskiego statku. Załoga chińskiego statku jest rodziną – ich wartości i dążenia są rodzinne. Cała opowieść w filmie dzieje się w totalitarnych Chinach, ale też w Chinach, które są bardzo kapitalistyczne i nowoczesne. I powoli wartości, o których powiedziałem wcześniej tracą znaczenie. To wywołuje konflikt między nowoczesnymi Chinami a wartościami tradycyjnymi.

A jednak ze względu na ustrój polityczny nie udało się tego filmu zrealizować w Chinach, jakie były bezpośrednie przyczyny?

Był plan, żeby cały film nakręcić w Chinach, ale tam rządzi cenzura. Musiałem kolejne wersje scenariusza przedstawić cenzurze. Początkowo cenzura była dość lekka, inteligentna, sugerująca, co zmienić, co poprawić. Mijał kolejny rok, mieliśmy kolejną wersję tekstu, ale te zmiany były cały czas do przyjęcia. W końcu po trzech latach dostaliśmy pozwolenie od ministerstwa propagandy, który napisał nam bardzo fajny list: przyjeżdżajcie, realizujcie, są pieniądze, macie pozwolenie. I na końcu dodał, że scenariusz nam wyśle za dwa tygodnie. Dosłownie opadła mi szczęka. I rzeczywiście po jakimś miesiącu przyszedł scenariusz po chińsku. Jak przeczytałem tłumaczenie, to zrozumiałem, że się nie da zrobić tego w Chinach. Rozmawiałem z naszym koproducentem chińskim, który powiedział: – Rób to co chcesz. Biurokraci mówią jedno, a ty robisz swoje. Z ciężkim sercem zdecydowałem o przeniesieniu produkcji do Tajlandii. Cała ta sytuacja przypomniała mi jednak o polskich realiach historycznych i o tym, że świetne polskie filmy powstawały w okresie ostrej cenzury komunistycznej, bo trzeba było używać alegorii i metafor. Sądziłem – naiwnie – że to samo będę mógł zrobić w Chinach. Nie dało się. Chińczycy są bardzo inteligentni i czytają właśnie między zdaniami. Jestem przekonany, że właśnie dlatego Conrad jest znany i czytany w Chinach. Sądziłem, że będę mądrzejszy, ale przejechałem się na tym. To co jest polityczne w filmie „Tajemniczy sojusznik” jest związane z wolnością, z horyzontami.

Z czym wiązała się zmiana miejsca realizacji z Chin na Tajlandię?

Przede wszystkim to była bardzo trudna decyzja, bo wiedziałem, że projekt może zginąć. Rok później udało się uruchomić projekt w Tajlandii z bardzo ciekawym producentem wykonawczym Tomem Wallerem, który jest pół Anglikiem, pół Tajlandczykiem, z babką Polką. Musieliśmy zacząć pracę w zasadzie od początku: scenariusz, lokalizacje, obsada, ekipa. Tak się zdarza często w filmie i zdarza się również, że taki projekt zyskuje. I jestem przekonany, że tak było w przypadku „Tajemniczy sojusznik”.

Jakieś przygody na planie: śmieszne, niebezpieczne?

Realizacja filmu na ogromnym statku, na morzu to nie prosta sprawa. Tworzyło to wiele wyzwań i technicznych problemów związanych ze światłem, pogodą itd. Zapamiętałem realizację sceny, gdy nasza bohaterka wchodzi w nocy na stumetrowy statek – naga. W Tajlandii jest bardzo dużo transwestytów. Cały departament charakteryzacji i od kostiumów to byli transwestyci. I pierwszy raz miałem okazję pracować w takiej ekipie. Aktorka wchodzi na plan, otoczona naszymi transwestytami – ona jest naga – a oni ją otaczają ręcznikami. To była trudna scena. Tuż przed ujęciem Zhu Zhu zdecydowała, że nie może być kompletnie naga. Mimo podpisanego kontraktu. Wszystkie piony są gotowe, światło ustawione, kamera włączona a tu zamieszanie wśród tych ręczników. Nasi transwestyci się uwijają. Jest hasło “kamera” ręczniki opadają, a ona ma przyklejoną taśmę na piersiach, żeby nie była tak kompletnie naga. Finalnie, kręciliśmy tę scenę przez cztery noce.

Codziennie też musieliśmy dotrzeć z lądu na statek, 120 osób na małym statku transportowym. Oczywiście standardy bezpieczeństwa są może trochę niższe niż w Europie. Myślę, że to jest cud, że przeżyliśmy wszyscy, bo były momenty bardzo trudnej pogody. Ten mały statek z całą załogą musiał podpływać do wielkiego statku, który jest bardzo stabilny, ten nasz mały stateczek zupełnie jak korek w wodzie. To był naprawdę wyczyn, żeby przejść z jednego statku na drugi, ale oczywiście było to też niebezpieczne. Pamiętam jednego dnia sztorm. Obok statku była platforma, na której była kuchnia i catering, tam jedliśmy. To było skonstruowane z bambusu i sznurków. Sztorm był tak silny, że to wszystko rozwalił. Tak naprawdę jak o tym myślę teraz, to cud że nie zdarzyła się tragedia.

Od początku chciałeś, żeby przy tym filmie byli zaangażowani polscy realizatorzy. Dlaczego Polacy i dlaczego akurat na tych się zdecydowałeś?

Mimo że realizowaliśmy film w Tajlandii, zależało mi, żeby szefowie departamentów byli Polakami, bo uważałem, że to jest polska historia, że dusza tego filmu jest polska i potrzebna mi była ta wrażliwość i zrozumienie. Michał Tywoniuk pracuje w Chinach od wielu lat i jest tam uznany, i co było ważne mówi płynnie po chińsku. Wiedziałem, że będzie nam to bardzo przydatne. Montażystą filmu jest z kolei znany i ceniony w Polsce Jarosław Barzan, z którym świetnie nam się pracowało. A ponadto: producent, reżyser i scenarzysta też Polak (śmiech). Ważne dla mnie było pokazanie, że Polacy nie tylko sobą się ciekawią, ale sięgają w świat, tak jak Conrad. Conrad, który opowiada o człowieku i dlatego jest tak uniwersalny.

A co ty chcesz powiedzieć widzom filmem „Tajemniczy sojusznik”?

Zawsze najważniejsze dla mnie jest, żeby film był ciekawy, nie nudny. Łatwo zrobić nudny film o czymś ważnym, a to nie jest rola filmu w moim przekonaniu. Chciałem, żeby „Tajemniczy sojusznik” był zabawny (cieszą mnie wybuchy śmiechu podczas pokazów), żeby podnosił na duchu swoim pozytywnym przesłaniem. Chciałem, żeby widz jak sobie przypomni film, to żeby dostrzegł inne warstwy, Conradowskie czyli wierność, rodzina, ofiarność, poświęcenie, obowiązek.

To jest dość osobisty film, zrealizowany z perspektywy Polaka urodzonego w Anglii. Czułem sympatię do Conrada, który urodził się w Polsce, ale całe życie przebywał na morzu poza Polską, potem osiadł w Anglii. Choć to był jego wybór, żeby wyjechać z Polski. Uwielbiał świat, morze, czuł, że jest Polakiem, ale pisał po angielsku. Ja też mam w sobie ten konflikt: jako Anglii, Polak i człowiek świata. To jest sytuacja ciekawa, ale i bolesna, bo nigdzie nie należysz. Nieustannie się jest pomiędzy. I taki jest też nasz bohater, który dla mnie jest młodym Józefem Konradem Korzeniowskim, zanim został pisarzem, zanim nawet o tym pomyślał. Bohater „Tajemniczy sojusznik” też wybiera morze, wybiera świat, a stare wartości przekazane przez rodziców zostawia w Polsce. I moralny kompas chwieje się, dopóki nie spotyka naszej bohaterki, Chinki, która w zasadzie ten moralny kompas mu ustawia na nowo.

W tle historii miłosnej piękna muzyka Guya Farleya. Skąd, jako główny motyw, bardzo znana piosenka powstańcza – będąca mam wrażenie kwintesencją polskiego romantyzmu – „Dziś do Ciebie przyjść nie mogę”?

Muzyka zawsze była dla mnie bardzo ważna. A w filmie może być bohaterem. W przypadku „Tajemniczy sojusznik” zdecydowałem, że muzyka ma spełnić kilka ról. Po pierwsze ma odzwierciedlać bagaż psychiczny naszego bohatera. Bagażem, który niesie ze sobą przez te wszystkie dalekie podróże jest akordeon, na którym nigdy nie gra. Związana jest z nim piosenka, którą jego ojciec kochał i grał. W filmie ten bagaż, ta muzyka pokazuje się dość późno, w chwili kiedy on wraca do swoich zapomnianych wartości, wraca do myślenia o rodzinie. W tym kontekście może również zaistnieć ważna dla jego ojca piosenka. Guy Farley od początku zgodził się na ten utwór, który mu się spodobał i chętnie go zorkiestrował i wkomponował w soundtrack filmu. Dzisiaj już raczej nie ma mody na takie komponowanie muzyki filmowej.

Co zaprocentowało, bo muzyka otrzymała nominację Music & Sounds Award 2014.

Ogromnie się cieszyłem z tej nominacji, bo uważam ją za bardzo zasłużoną. Guy zrobił przepiękną muzykę. Zgodnie z podejrzeniami przegraliśmy, ale godnie, bo zwycięzcą został „Grand Budapest Hotel”.

Zaprosisz czytelników do kina?

„Tajemniczy sojusznik” to piękny klasyczny film, romantyczna historia, na którą bardzo zapraszam polskich widzów. Życzę Wam wzruszeń i śmiechu.

 

Rozmawiała: Maria KRAUSS (30 marca 2015)

 

Premiera Filmu odbędzie się 20 września 2015 roku w Kinie Sokół w Zakopanem

 

Zdjęcia: copyright Secret Sharer

 

Galeria:

Peter Fudakowski
Peter Fudakowski
Tajemniczy Sojusznik
Tajemniczy Sojusznik
Tajemniczy Sojusznik
Tajemniczy Sojusznik
Tajemniczy Sojusznik
Tajemniczy Sojusznik
 
 
 

Komentarze

Ania
 
Postaram się dotrzeć, gdyż wywiad zapowiada film niezwykle ciekawy, niby o miłości ale jakże ambitny :)
 
 

Dodaj Komentarz

Sponsorzy

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera TwitterDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X