18.09.2017, 12:35

Pisarka, felietonistka, wariatka - Anna Zacharzewska

Tytuł jej najnowszej książki "Hodowca świń" można czytać dosłownie – w odniesieniu do jej bohatera  Rafała Tuszy jako niegdysiejszego hodowcy świń, a obecnego właściciela wielkich zakładów mięsnych, ale również metaforycznie – doszukując się związku pomiędzy tytułem, a sposobem, w jaki Tusza traktuje swoich podwładnych. Nie bez znaczenia jest przy tym samo nazwisko bohatera oraz skojarzenia z „Folwarkiem zwierzęcym”, które powieść budzi u większości czytelników.

 

 

 

 

Damosfera: Świnie to potwornie inteligentne zwierzęta. Osobiście je uwielbiam, a Pani?

Anna Zacharzewska: Szczerze mówiąc nigdy nie miałam okazji zobaczyć żywej świni, więc pogląd na temat tych zwierząt mam czysto teoretyczny. Pisząc powieść bazowałam głównie na filmach dokumentalnych na temat zachowań świń oraz ich uboju. I rzeczywiście wszyscy mający styczność z tymi zwierzętami twierdzili, że są one wyjątkowo inteligentne.

Tytuł książki jest dość przewrotny...

Tak. Można go czytać dosłownie – w odniesieniu do Rafała Tuszy jako niegdysiejszego hodowcy świń, a obecnego właściciela wielkich zakładów mięsnych, ale również metaforycznie – doszukując się związku pomiędzy tytułem, a sposobem, w jaki Tusza traktuje swoich podwładnych. Nie bez znaczenia jest przy tym samo nazwisko bohatera oraz skojarzenia z „Folwarkiem zwierzęcym”, które powieść budzi u większości czytelników.

Książkę czyta sie doskonale, ale przeraża ta korporzeczywistość. Skąd czerpała Pani inspiracje pisząc? Z własnych doświadczeń?

Nie mam poczucia, by to świat korporacji był przerażający. Straszni bywają wyłącznie ludzie. Rzeczywiście tak jest, że biznes skłania nas do odkładania sentymentów na półkę i twardszych zachowań niż te, które demonstrujemy w życiu prywatnym, ale faktem jest również, że nie wszyscy pracujący w korporacjach ulegają tej drapieżności. Sądzę, że to kwestia dojrzałości, siły charakteru oraz moralności. Przez siedemnaście lat miałam okazję obserwować korporzeczywistość od wewnątrz. Przyglądać się firmom zarówno jako pracownik jak i kontrahent. W każdej spółce jest podobnie, ale jednak inaczej. Każda kształtuje swoją kulturę i w każdej schematy zachowań są nieco inne. Wszystko zależy od liderów nadających ton i stawiających swoich pracowników przed określonymi oczekiwaniami.

Jak to jest wcielać się w męski świat bohaterów pisząc książkę, ich przeżycia. Są bardzo wiarygodne. Zdradzi Pani jak warsztatowo "wciela się Pani w męski świat"?

To rzeczywiście bardzo trudne, bo zawsze zastanawiam się jak myśli i reaguje mężczyzna. Wielokrotnie nawet dyskutowałam ten problem z moimi kolegami poszukując w nich odpowiedzi na pytania, które mnie w tym względzie nurtowały. Za każdym razem jednak byłam przekonywana, że różnic praktycznie nie ma i że w gruncie rzeczy – poza tym, że panowie potrafią wyłączać myślenie i zamykać się w swoim „pustym pudełku” – nic ich nie dzieli od kobiet. Nie przekonało mnie to i sądzę, że koledzy zwyczajnie nie chcieli się przede mną obnażyć. Co mi zatem pozostało? Cóż, z reguły poszukuję żywego mężczyzny, który staje się dla mnie inspiracją. I nie mówię tutaj o historii, przeżyciach czy konkretnych wypowiedziach. Po prostu znaną mi osobę wyobrażam sobie w sytuacjach, które opisuję. To ułatwia wyobrażenie sobie grymasów, gestów, a często nawet reakcji słownych.

Czytając książę, zastanawiałam się, gdzie mieszka jej autorka? Jak wygląda jej mieszkanie? Czy tak samo jest/była sfiksowana na punkcie pracy jak jej bohaterowie...

Autorka mieszka przy ulicy Mokotowskiej w Warszawie i w domu pod Warszawą. Raz tu, raz tu, zależnie od okoliczności, potrzeb i nastroju. Czasami Warszawa męczy, a otaczający mnie ludzie przytłaczają. Wtedy zaszywam się „na wsi” (choć w zasadzie są to już obecnie przedmieścia) i odcinam od nieustającego szumu, który towarzyszy życiu w Śródmieściu. Nie wychodzę do restauracji, nie spotykam się ze znajomymi, nie poszukuję życiowych atrakcji. Ot, po prostu, siedzę na tarasie i patrzę się na rozciągający się przede mną trawnik. Po jakimś czasie mam naturalną potrzebę powrotu i wtedy Warszawa znów wydaje mi się niezwykle atrakcyjna.

Zarówno mieszkanie przy Mokotowskiej jak i dom są nowoczesne w swoim wystroju. Lubię styl Bauhaus i to on jest chyba najlepszą podpowiedzią czego można się spodziewać, gdy przychodzi się do mnie do domu. Poza tym uwielbiam polską sztukę współczesną, więc ściany są pełne obrazów. Zwykle wielkogabarytowych.

Czy jestem pracoholikiem i korpoludkiem? Pewnie, że tak. Całe swoje dorosłe życie spędziłam pracując w dużych firmach i zawsze lubiłam swój zawód. Zawsze też byłam ambitna i starałam się robić wszystko możliwie najlepiej.

Pisanie to jedno, ale pisarz musi być obecnie też chyba własnym PR-owcem.

Mam problem z takim stawianiem sprawy, choć rzeczywiście słyszę to od coraz większej liczby osób, które twierdzą, że powinnam „aktywniej sprzedawać siebie”. Ja nie do końca się z tym zgadzam, bo to nie Ania Zacharzewska jest oferowanym przez wydawcę produktem. Czytelnik kupuje powieść i to ona powinna być przedmiotem marketingu, nie ja. Pisarz jest oczywiście twórcą i jako taki może wzbudzać zainteresowanie, ale jest to wtórne w stosunku do jego utworów. Ostatecznie nie jesteśmy artystami wykonawcami, tylko tą grupą twórców, która z założenia pozostaje niewidoczna dla odbiorcy. Nie ma podobnych oczekiwań np. w stosunku do malarzy. Nikt nie proponuje im, by poprzez media budowali swój wizerunek i sprzedaż. Uznajemy, że obraz albo jest dobry albo nie i tylko jego jakość decyduje o potencjalnym sukcesie. Dlaczego z powieścią miałoby być inaczej? Bo nie można jej ocenić jednym rzutem oka, cena jest niższa a grono odbiorców szersze? Tak, to zasadnicze różnice, ale wciąż to powieść - a nie ja - powinna być poddawana krytyce, dyskusji oraz zabiegom marketingowym.

Szczerze mówiąc mam również kłopot innej natury: jeśli poza pisaniem zajmę się jeszcze sprzedażą i marketingiem swoich powieści, to tylko krok będzie mnie dzielił od stania się własnym wydawcą. A nie mam takiej ambicji i chęci. Każdy powinien robić to, co mu wychodzi najlepiej a ja nie jestem asem autopromocji ani świetnym handlowcem. I zwyczajnie się do tych ról nie nadaję.

Czy pisząc książkę miała Pani jakąś główną myśl, którą chciała przekazać czytelnikowi? Oczywiście każdy odbiera ją po swojemu, bo jest uszyty z jakiś tam korpo doświadczeń, ale ciekawa jestem Pani. Co było impulsem, by ją napisać? 

Impuls był zupełnie inny, niż pewnie się wszystkim wydaje. Zainspirował mnie serial Hannibal z fantastyczną scenografią, wysmakowanymi detalami i niezwykłą postacią głównego bohatera, która jest kwintesencją wyrafinowania. Chłonęłam każdy odcinek niczym malarstwo flamandzkich mistrzów, a równocześnie, im dłużej oglądałam, tym większy budził się we mnie opór przed kształtowanym serialowym poglądem na to, kim jest de facto psychopata. Przeczytałam wcześniej wiele opracowań na ten temat, w tym również książki z profilowania kryminalnego i zdawałam sobie sprawę, jak wielki jest dysonans pomiędzy tym, co widzę na ekranie a rzeczywistością. I wtedy narodził się pomysł, by odczarować nieco ten temat. By pokazać psychopatę i jego ofiary takimi, jakimi są. A są odwrotnością tego, co oglądamy w Hannibalu.

Poruszył mnie jeden cytat z książki: wyglądał świetnie. Dokładnie tak jak sobie wymarzył. Adekwatnie do pozycji i funkcji.  Pora chyba uciekać do lasu, tam przynajmniej wilk jest wilkiem...

Śmieję się teraz, bo przecież każdy z nas w taki czy inny sposób buduje swój wizerunek. Dbamy o swój wygląd i tak, przyznajmy się, staramy się wyglądać adekwatnie do wypełnianej akurat roli. To, że szokuje nas nazwanie tego po imieniu, a wiem, że szokuje, nie zmienia faktu, że dobierając dla siebie odcień farby do włosów, kupując garnitur czy ostrzykując zmarszczki botuliną chodzi nam dokładnie o to samo, co Tuszy: by prezentować się lepiej. Adekwatnie do pozycji i funkcji. Taka jest brutalna rzeczywistość a wypieranie jej jest naturalnym mechanizmem obronnym. Niczym więcej jak uprzedzeniem poznawczym, dzięki któremu czujemy się lepiej ze sobą.

Na Pani stronie jest Pani opis m.in. wariatka... Dlaczego tak? A właściwie skąd u Pani takie zainteresowanie ciemną stroną świata?

Wariatka rymuje się z matka. Stąd się to wzięło. Kiedy wydawca poprosił mnie o napisanie mojej notki biograficznej na okładkę debiutanckiej powieści miałam z tym wielki problem. Bo jak niby zawrzeć w kilku zdaniach całą prawdę o sobie? Jak wyrazić to co najważniejsze, nie popadając w nadmierny formalizm, pompatyczny ton czy megalomanię? Trudne. Niezwykle trudne. Więc na końcu swojego bio zamieściłam dwa zdania, które miały nieco przełamać konwenans. Pokazać, że nie jestem papierowa. Pierwsze dotyczyło kolekcjonerstwa sztuki i butów, a drugie… No właśnie. Drugie brzmiało: Żona, matka, wariatka.

Dziękuję za rozmowę i zapraszamy do Salony Damosfery na spotkanie z p. Anną Zachrzewską – w środę 20 września o godz. 18.30.

rozmawiała: Kasia Kamińska 

 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Sponsorzy

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera TwitterDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X