01.09.2021, 08:45

O plotkach i intuicji, czyli jak zbudować biznes

Zamiłowaniem do rękodzieła zaraziła ją babcia i mama. Pasja z dzieciństwa wróciła podczas urlopu macierzyńskiego. Robienie na drutach czy na szydełku stało się oderwaniem od codzienności dla niej i jej koleżanek. Ze spontanicznych spotkań w domu narodziły się OPLOTKI. Czy warto porzucić prestiżową pracę architekta na rzecz pasji? Agnieszka Gaczkowska postawiła wszystko na jedną kartę. Dziś uczy, jak pasja do rękodzieła może zamienić się pasjonujący biznes.

Renata Constable: Z architekta do liderki Stowarzyszenia Rękodzielniczego – brzmi jak rewolucja?

Agnieszka Gaczkowska: Trochę tak, ale by opowiedzieć historię OPLOTEK to muszę się cofnąć do początków rękodzieła w moim życiu, inaczej jest ona bardzo uproszczona. Może nawet wydawać się trochę przekłamana.

Wszystko tak naprawdę zaczęło się w czasach mojego dzieciństwa. Na pewno nie jest jestem jedyną osobą, którą babcia uczyła szydełkowania, a mama dziergania domków dla lalek i projektowania jak one mają wyglądać. To był początek marzeń o architekturze i zaplecze dla pasji do architektury rękodzielniczej. Wychowałam się w małej miejscowości w kujawsko-pomorskim. Mieszkaliśmy w tradycyjnej kostce: u góry rodzice, na dole dziadkowie. Moi oboje rodzice byli przedsiębiorcami i często nie było ich w domu. Czasem śmieję się, że przedsiębiorczość wyssałam z mlekiem matki. Sinusoida wzlotów i upadków była u rodziców, Babcia i dziadek tworzyli stabilne, domowe ognisko.

Do liceum dojeżdżałam 12 km. Nauczyło mnie to, że jeśli chcesz coś w życiu osiągnąć to musisz się temu poświęcić. Kiedy postanowiłam, że chcę studiować architekturę, a od rodziców usłyszałam, że nie stać ich na lekcje rysunku w Poznaniu, zdecydowałam, że wybiorę kierunek, który pozwoli mi przenieść się do Poznania. Padło na filologię angielską. Wiedziałam, że żeby się dostać się na wymarzoną architekturę, muszę sama zadbać np. o lekcje rysunku. Wspomógł mnie mój przedsiębiorczy gen. Udzielałam korepetycji, żeby się utrzymać. Na studiach filologicznych nauczyłam się bardzo dobrze języka, poznałam fajnych ludzi i wyszalałam się po studencku.

To był bardzo ważny etap w moim życiu i on nadal odbija się echem w mojej działalności. Trzy lata później dostałam się na architekturę na Politechnice w Poznaniu, na grupę wieczorową, bo zabrakło mi punktów za matematykę i fizykę z matury, aby trafić na filologię, zdawałam historię i język, ale to znowu zaprocentowało później.

Trafiłam do bardzo małej grupy osób, które już pracowały w zawodzie i na studia przyszły jedynie po „papierek”. Wszyscy mieliśmy ciśnienie, aby się przenieść jak najszybciej na dzienne studia. Wieczorowe były płatne.

Po roku udało się. Ja byłam tą szczęściarą, która znalazła się w gronie osób o 10 najlepszych średnich, a ponowny egzamin z rysunku był weryfikacją mojej determinacji. Do dzisiaj wszyscy z tej grupy jesteśmy ze sobą w kontakcie. Każdy z nas został tak „trochę’ w zawodzie.

Kiedy się pojawiła szansa na udział w programie Erasmus, byłam już mężatką, więc znowu niestandardowo podeszłam do wyboru uczelni. Jako laureatka olimpiady z jęz. angielskiego dla studentów uczelni technicznych, mogłam wybierać z wielu szkół w całej Europie. Wybrałam Berlin, bo najbliżej do Poznania. Mąż często mnie odwiedzał. Bardzo mile wspominam te czasy. Teraz widzę, jak cały czas gen przedsiębiorczości był aktywny, już wtedy pozwalał mi dopasowywać życie prywatne i zawodowe, żeby w jednym i drugim czuć się komfortowo.

Przyszły czasy Euro2012, dla architektów był to okres przyspieszonego awansu zawodowego. Mój mąż, który jest projektantem drogowym, dostał pracę w Warszawie na jednym z odcinków autostrady. W tym czasie ja już też pracowałam w różnych biurach i robiłam projekty związane z rewitalizacjami historycznymi pod Euro2012, np. dworzec w Przemyślu. Realizowanie projektów, które łączyły nowoczesność z tradycją, dawało mi poczucie spełnienia. W momencie kiedy się przenieśliśmy do Warszawy, moje kompetencje związane z łączeniem nowej interpretacji designerskiej z tradycyjną architekturą drewnianą pomogły mi w znalezieniu pracy.

Po zakończonych realizacjach Euro2012 wróciliśmy z mężem do Poznania, tempo życia w Warszawie na dłuższą metę okazało się nie dla nas. Przyznam się, że po powrocie rozczarowałam się stawkami dla architektów. Kiedy byłam studentką i ktoś mnie przyjmował do pracy, to one były ok. Teraz kiedy miałam doświadczenie zawodowe, i znałam zarobki warszawskie to oferty poznańskie były nie do przyjęcia. Nie zgadzałam się, aby ktoś mnie oceniał niżej niż ja na to zasługuję.

Przy okazji bardzo mocno poczułam różnicę między byciem architektką a architektem. Moje zainteresowanie zawodem nie tylko od strony ‘stawiania kreseczek’ ale również pracy na budowie, nadzoru wylewu betonu, wywoływało lekko kpiący uśmiech na twarzach moich potencjalnych pracodawców.

Teraz się dużo mówi o szklanych sufitach, o kobietach w branżach technicznych, ale szczerze powiem, że kiedy pracowałam w latach Euro2012 w Warszawie nigdy nie poczułam, że ktoś podcina mi skrzydła. Wręcz odwrotnie. Może trafiłam na super pracodawców, którzy wykorzystywali potencjał, nie patrząc na płeć.

Postanowiłam otworzyć własne biuro projektowe. Kiedy zarejestrowałam swoją działalność poczułam wiatr w żaglach. Trochę na zasadzie: ja wam wszystkim pokaże. Paradoksalnie, większość moich zleceń wcale nie była z Poznania. Okazało się, że rynek jest bardzo nasycony i stąd te zaniżane ceny. ASP i Politechnika Poznańska wypuszczają co roku tylu architektów, że dumping cen to rzeczywistość. Ze smutkiem patrzyłam jak znajomi po fachu walczą o parę groszy.

RC: Skąd w takim razie zlecenia?

AG: Większość moich znajomych ze studiów, po ich skończeniu wróciła do swoich rdzennych miasteczek. Przez cały czas utrzymywaliśmy ze sobą kontakt. Oni otworzyli mi oczy na możliwości i potencjał rynku spoza Poznania. Skupiłam się na tych terenach, na których się wychowywałam, na Kujawach. Tam też zarejestrowałam siedzibę firmy. To był strzał w dziesiątkę. Przyciągałam klientów, którzy właśnie w tych okolicach poszukiwali pracowni architektury. I zlecali mi realizacje swoich projektów.

Trafiały mi się perełki, tematy z którymi ja uwielbiam pracować. W latach 90-tych za grosze można było kupić stare, zniszczone, historyczne budynki. Jedno z moich zleceń było od właściciela firmy transportowej, który kupił wielki budynek starej cukrowni. Wymarzył sobie duży kompleks z biurem, centrum logistycznym, miejscem dla kierowców, parkingiem dla TIRów. Ja jako ‘świeżak’ wprowadziłam ducha nowoczesności do projektu. Przy realizacji pomagał mi tata, który przejął rolę kierownika budowy. Jego rola była nieoceniona! Jak ja wchodziłam z moją młodo wyglądającą twarzą i laptopem w torebce na budowę, to pan ‘Zenek’ wyciągał papierosa z ust i pytał „co ta dziewczynka tutaj chce”. To był świetny projekt i świetny klient.

Ta duża budowa pokazała mi, że z jednej strony da się i mogę prowadzić swoją firmę, ale z drugiej – bardzo mocno obnażyła zawód architekta. Odarła go z dziecięcych marzeń. Do tej pory miałam doświadczenie w pracowniach, gdzie była duża stabilizacja, praca na umowę, pensja na konto raz w miesiącu, własna działalność pokazała sinusoidę finansową.

Czasami zlecenie trwało pół roku, czasem rok, rozliczanie było na koniec, faktura wpływała po 2-3 miesiącach, czasem trzeba było klienta popchnąć, żeby ją zapłacił. Pojawił się też klient, który był wielkim rozczarowaniem – odmówił zapłacenia za usługę i krótko mówiąc zostałam oszukana. Przeżyłam załamanie psychiczne. Nieetyczne zachowanie dużego klienta, nie było tylko wycelowane we mnie jako kobietę, było wycelowane w takie biznesy jak mój. Zobaczyłam, że mały może mniej, kiedy obsługuje dużego, a to jest zawsze najlepszy klient, zawsze większa szansa na rozwój.

I tu zaczyna się powoli wplatać historia OPLOTEK. Byłam wtedy w pierwszej ciąży, prowadziłam swoją działalność, biegałam na te budowy – chciałam wszystkim udowodnić, że można przebić szklany sufit, że dzieci to nie przeszkoda, że można być jednocześnie super świadomą „eco-bio-organic” mamą, robić biznes i zarabiać świetne pieniądze. Powoli jednak zaczęłam odczuwać lekkie zmęczenie: nieprzespane noce, praca między drzemkami, odpowiadanie na telefony z dzieckiem na ręku.

Kiedy byłam w drugiej ciąży, wracając z jednej z takich szalonych realizacji, gdzie na spotkania z klientem jeździłam ponad 100 km, prawie zasnęłam za kierownicą. Obudziłam się na poboczu, do dzisiaj nie wiem jak to się stało. To był dla mnie ‘wake up call’. Zrozumiałam, że muszę przystopować – albo jedno albo drugie. Wybrałam, że będę świadomą mamą.

Zaczęłam oddawać zlecenia swoim znajomym z czasów studenckich. Wtedy doceniłam, że mam komu, bo to pozwoliło mi zachować ciągłość mojej marki.

RC: Jak odnalazłaś się na macierzyńskim?

AG: Zasiadłam w domu, zrobiła się cisza. Bycie tylko z dziećmi, sprawiło, ze mój gen przedsiębiorczej kobiety zaczął powoli usychać. Weszłam w macierzyństwo na całego, więc rekompensowałam sobie byciem super mamą: wszystko ekologiczne, bio-pieluszki, bezglutenowe gotowanie, choć dzieci żadnej alergii, dyskusje na placu zabaw, ale po pewnym czasie, i naprawdę nie chcę nikomu ubliżyć, poczułam, że mój mózg usycha. Zrozumiałam, że nie damy rady żyć w tym macierzyńskim lukrze non stop. Miałam też poczucie, że cierpią moje dzieci, bo ja byłam coraz bardziej nerwowa. Doskwierało mi to bycie w domu.

Wtedy wróciłam do tych wszystkich rzeczy, które kojarzyły mi się z dzieciństwem i które chciałam przekazać swoim dzieciom. Znowu zaczęłam malować, rzeźbić, szydełkować, robić na drutach, zaczęłam odgrzebywać stare lalki robione na szydełku i własnoręcznie szyte ubranka. Moje dzieci zainteresowały się tym rękodziełem. Jednocześnie zauważyłam, że kiedy siadam i zaczynam dziergać, to dzieci zajmują się sobą. Odkryłam, że wcale nie trzeba być helikopterem, który nad dziećmi stoi i mówi co i jak ma być. One same potrafią odkrywać świat. To była też ewolucja mnie jako mamy.

Rękodzieło zaczęło dawać mi wielką frajdę i zobaczyłam ogrom potencjału, jaki w nim drzemie. Ja nie wyżyta projektowo, zaczęłam urządzać całe mieszkanie – pufki, dywany, dekoracje na ścianę, pledy na łóżkach. Wszystko było ręcznie zrobione. 100% wełna z alpaki w kolorach, które sama zaczęłam wybierać. Cały dom był tym urządzony i kiedy wpadały na kawę moje koleżanki z różnych biur architektonicznych były zachwycone i chciały się tego nauczyć.

Najpierw robiłam dla nich, trochę po to aby zabić czas, a trochę po to, aby czuć się potrzebną. Miałam poczucie, że pracuję i jednocześnie jestem z rodziną. To tak chwyciło, że przestałam się wyrabiać. Doszły do tego jeszcze nowe znajome, poznane przy okazji dodatkowych zajęć z dziećmi. Wszyscy byli na etapie nowego „M”, bo rodzina, bo dzieci. Architekt wtedy to najlepszy przyjaciel. Bardzo często w moich projektach lokowałam rękodzielnicze akcenty. Architektura i rękodzieło zaczęło mi się zapętlać. Urodziła się myśl, że architekturę można robić inaczej.

Nagle ocknęłam się w sytuacji, gdzie mąż wracał z pracy, zmęczony, po 10 godzinach w korpo, szedł do małego pokoiku z dwójką dzieci, tam siedzieli cicho, bo mama prowadzi warsztat w salonie dla 10 kobiet. To mój mąż nas zainspirował, że może warto pójść do jakiejś kafejki w centrum Poznania. Dla mnie to było odkrywcze – nagle mogłam się ładnie ubrać, zrobić makijaż, wyjść z domu.

Wtedy oficjalnie się narodziły OPLOTKI - trzeba to było nazwać, chociażby po to, żeby zrobić wydarzenie na FB. Nie mieściło mi się w głowie, że mogę za to brać pieniądze. Na to, że jestem architektem, mam parę dyplomów i wystawianie faktur nie stanowi problemu, ale szydełkowania uczyła mnie babcia. Do dziś wspominam pierwszą, astronomiczną kwotę 50 zł za warsztat, z kawą, ciastkiem, szydełkiem i sznurkiem w cenie. To był przeskok mentalny. Kobiety za to zapłaciły i pokazało mi to potencjał obszaru do dalszego rozwoju.

RC: Skąd nazwa?

AG: (śmiech) To były plotki, przy oplataniu. Pierwsze skojarzenie, trochę pół żartem, trochę pół serio. Teraz widzę jak pojemna jest nazwa, jak ciągle ewoluuje i mieści wszystkie wartości, które z czasem dobudowałam do marki. Mam wrażenie, że one tam zawsze były, tylko ja je powoli odkrywam.

Po raz pierwszy w swoim życiu zaczęłam ufać intuicji i zaczęłam jej słuchać przy podejmowaniu decyzji. Połączyłam wiedzę biznesową z przekonaniem, że praca ma budować nasze życie prywatne, a nie być w ciągłej opozycji. Zawsze marzyłam o dużej rodzinie, ale jednocześnie o dynamicznym życiu w mieście.

OPLOTKI otworzyły mnie na różnorodność. Warsztaty zaczęły przyciągać inne mamy, które pod pretekstem zrobienia pufy do pokoju dziecięcego, chciały po prostu wyjść z domu. Przychodziły też kobiety, które po pracy chciały po prostu porozmawiać z innymi kobietami i oderwać się od biurowej rzeczywistości. Zaczęły się pojawiać kobiety na różnych etapach życia, np. z odchowanymi dziećmi. Zapisywały się też panie, które chciały się nauczyć nowej techniki, bo rękodzieło robiło się coraz bardziej popularne.

RC: Brzmi jak powstająca organicznie społeczność….

AG: Każde spotkanie było nową przygodą. Dbałam o to, żeby było nie więcej niż 5 osób. Chciałam, aby była jedna, wspólna dyskusja, bez podziału na mniejsze grupy. Zaczęłam o tych warsztatach mówić, jako o kameralnym networkingu przy rękodziele. Rękodzieło stało się narzędziem do realizowania większej potrzeby na rynku.

RC: Zwykle na początku każdego nowego przedsięwzięcia pojawiają się wyzwania. Co dla Ciebie było największym wyzwaniem?

AG: Pojawiło się pytanie, jak wycenić te spotkania, gdzie z jednej strony jest mama na macierzyńskim i nie zarabia, a z drugiej strony jest kobieta, która zapłaci 500 zł za warsztat, bo ceni sobie ten czas i świadomie wybiera ten rodzaj rozrywki.

Pojawiło się wyzwanie, jak wyceniać kompetencje? W którym miejscu jest granica dbania o własny dobrostan? Słyszałam czasem historie o przemocy w domu. Co wtedy zrobić? Musiałam się nauczyć narzędzi, aby umieć słuchać, ale nie wkładać tych historii do środka. Trzeba było podjąć decyzję, co zrobić, kiedy pojawią się trudne tematy. Nie jestem terapeutką, nie chcę być i to nie są sesje terapeutyczne, ale nie chcę ignorować niepokojących sygnałów. Chciałam mieć procedury, znać kogoś do kogo można dać kontakt po pomoc.

Poznawałam coraz więcej twórczyń rękodzieła. W pewnym sensie odkrywałam branże od drugiej strony, nie od strony architekta, który kupuje pufę za 1000 zł, bo mu do projektu pasuje. Zaczęłam poznawać kobiety, które tworzą naprawdę niesamowite rzeczy, ale oceniają się bardzo nisko, mają poczucie wartości w okolicach depresji.

Zobaczyłam, jak wielki potencjał przedsiębiorczych kobiet-artystek schowany jest w podziemiu. Odpaliły się we mnie ‘geny społecznika’, moje poczucie misji. Zapragnęłam, aby OPLOTKI były miejscem, które pomaga takim twórcom po prostu wypływać na świat. Mamy w Polsce artystów na światowym poziomie, pochowanych po domach, im tylko potrzeba trochę wiary w siebie i narzędzi biznesowych.

RC: Skąd to poczucie wartości na poziomie depresji?

AG: Trochę mit biednego artysty. Mamy w naszej kulturze przekonanie, że artysta ma być biedny. Jeśli artysta za dużo zarabia, to podważa to wartości artystyczne jego sztuki.

Z drugiej strony, ten produkt jest wykonywany ręcznie, więc jego wycena jest bardzo przyklejona do nas. Artyści mają dużą trudność oderwania siebie od swojego produktu. Często jest tak, że kiedy klient odmawia zakupu albo mówi, że za drogo, albo, że to nie dla niego, i gdzieś na poziomie poczucia własnej wartości zaczyna to być o nas, przestaje być o produkcie.

Na naszych warsztatach jest dużo ‘uleczania’ tych przekonań, dużo edukowania. Kiedy uczestniczka warsztatu ma trudność z wykonaniem produktu rękodzielniczego, to ona staje się najlepszą klientką. Zaczyna rozumieć proces jego powstawania i dlaczego to tyle kosztuje. Z drugiej strony, artystka która przyszła na warsztat się zrelaksować, widzi, że ona już robi trzeci wzór, podczas gdy pozostałe kobiety ledwo pierwsze oczka kończą. Ona nagle docenia wyjątkowość swojego talentu i tego, co robi.

PYT: OPLOTKI rozwijały się bardzo dynamicznie…

AG: Niestety zauważyłam, że zaczęłam wpadać w pułapkę od której uciekłam. Nie chciałam praktykować architektury, aby mieć czas dla rodziny, być z dziećmi, z mężem, spędzać razem czas. A teraz, mąż wchodził do domu, ja wychodziłam. Zaczęłam dostrzegać, że przedsięwzięcie, które miało pogodzić rodzinę z pracą, stało się pracą, która zaczęła wchodzić mi na głowę.

Wiedziałam, że to co się dzieje na warsztatach jest bardzo wartościowe i skoro jest taka potrzeba na rynku, to na pewno istnieje model biznesowy, którym można to obudować tak aby ‘wilk był syty i owca cała’. Poszłam za głosem swojej intuicji. Zaczęłam aktywnie szukać za granicą jak to zrobić. Odkryłam biznes online, wtedy u nas jeszcze zupełnie nieznany.

Na trzy lata przed pandemią, z resztek z mojego konta oszczędnościowego zainwestowałam w online MBA. Skusiła mnie obietnica mentorki na webinarze sprzedażowym. Po pierwsze mówiła o tym, że biznes online pozwala jej dopasować życie zawodowe do prywatnego, mieszkała jednocześnie na Islandii i w Szwajcarii, bo tam miała partnera, i ten model biznesowy pozwalał jej pracować bez względu na lokalizację. Po drugie, ujęła mnie bardzo tym jak mówiła otwarcie, że kobiety mają realną władzę, kiedy zarabiają prawdziwe pieniądze. Bardzo mocno to do mnie przemówiło. W naszym związku finanse nigdy nie wybrzmiały jako problem, ale zobaczyłam jak łatwo jest stracić równowagę, kiedy zaczęłam zarabiać mniejsze pieniądze przy prowadzeniu warsztatów rękodzieła. Zauważyłam jak ważna jest finansowa niezależność. Do dziś jestem gorącą ambasadorką tego Online MBA i polecam każdej przedsiębiorczej kobiecie.

Do teraz zostały ze mną te dwie wartości. Z jednej strony rodzina, która nas napędza od środka, nasze wartości, to jak chcemy żyć, a z drugiej strony finanse, które są realnym narzędziem, ułatwiającym wybór jak ma wyglądać nasza rzeczywistość. To były dwa powody, dla których wiedziałam, że chcę zrobić biznes na własnych zasadach.

No i rzeczywiście tak się stało, nauczyłam się jak robić webinary, jak budować lejki sprzedażowe, jak konstruować reklamy na mediach społecznościowych. Na długo przed pandemią, zaczęłam integrować te elementy w biznesie.

Na warsztatach stacjonarnych poznawałam dużo artystek i zapraszałam je do współpracy. W mojej ofercie pojawiły się nie tylko warsztaty szydełka, było też robienie na drutach, filcowanie, haftowanie. Czułam się tak jakbym konstruowała samolot w trakcie lotu.

Zaczęłam myśleć jak ustandaryzować te warsztaty. Pojawiły się charakterystyczne pudełka, po których od razu można było rozpoznać, że to OPLOTKI. Panie po skończonym warsztacie zabierały pudełka ze sobą.

Wszystko się rozwijało i skalowało dosyć powoli. Przyznam się, że pieniędzy z tego nie było, ale wiedziałam, że buduję wizerunek i same spotkania są wartościowe. Jednocześnie rozwijałam filar online. To była zdecydowanie nisza. Podczas webinarów biznesowych ludzie rzadko przychodzili i włączyli kamerkę. To był trochę śmiech na sali, ale głęboko wierzyłam, że w tym jest potencjał.

Stworzyłam kurs szydełkowania online i włożyłam całą energię, żeby go sprzedać. Okazało się, że był to świetny patent dla zakręconych wnuczków, którzy kupowali go na prezent dla babć czy mam. Nie mogłam się nadziwić. Praca była gigantyczna, ale za każdym razem kiedy ktoś kupował to już były 3 kliknięcia, żeby dostać dostęp do kursu. Skala się budowała.

Powoli odkrywałam, kto jest odbiorcą moich produktów online. Oprócz osób, które kupowały je jako prezent na święta okazało się, że np. panie po raku, które wstydziły się przyjść na warsztat. A tu nie musiały włączać kamery, albo mogły obejrzeć kiedy indziej , bo wszystko było nagrane. Na FB powstała grupa, gdzie mogły się o różne rzeczy dopytać. Miały przy okazji poczucie społeczności. Kupowały też panie, które mieszkały daleko od Poznania i bez sensu było dla nich jechać 3 godziny na godzinny warsztat.

Produkty cyfrowe przyszły na ratunek moim barierom psychicznym, tam gdzie nie mogłam pogodzić misji z braniem pieniędzy. To online zaczął robić budżet. Każde zarobione pieniądze reinwestowałam, zatrudniłam wirtualne asystentki, coraz bardziej rozbudowywałam stronę, coraz więcej pojawiało się materiałów video. Powoli dochodziły kolejne platformy, bo zaczęłam nagrywać podcast, kanał na YouTubie, profil na FB, profil na Instagramie. Strona www, więc i blogowanie. Plus cała platforma kursowa, która jest gigantycznym kombajnem.

Firma zaczęła rosnąć i ja urosłam do roli liderki. Miałam doświadczenia z architektury, bo tam też trzeba zatrudnić branżystów, ale okazało się, że te same procedury nie działają. To jest branża kreatywna, tu są artystki, one mają swoja wizję. Nie można ich włożyć w ramy, bo one się uduszą i stracą kreatywność, która jest największą wartością naszego biznesu. Tutaj trzeba mieć przestrzeń na wymyślanie nowego wzoru, przestrzeń na to, żeby słuchać ludzi podczas warsztatów i wyłapywać między wierszami, co mogłoby się stać kolejnym produktem, który możemy opakować i sprzedać.

Zanim przyszła pandemia, miałyśmy już kilka miejsc w Polsce gdzie odbywały się warsztaty stacjonarne oraz współpracowałyśmy z grupą dziewczyn online. Pracowałyśmy z dużymi agencjami eventowymi przy wydarzeniach cyklicznych, np. dzień dziecka dla dużych firm oraz eventach korporacyjnych w ramach team-buildingu. Wiele zleceń wracało na kolejny rok. Pojawiło się poczucie komfortu, byli stali klienci, mogłyśmy wybierać, z kim chcemy współpracować.

PYT: Słowo pandemia już padło w naszej rozmowie. Jak OPLOTKI się odnalazły w pandemii?

AG: Kiedy przyszła pandemia, to przestał być niszowy produkt. Zaczęły go kupować nawet sąsiadki z tego samego bloku. Okazało się, że coś, co ja testowałam, tworzyłam i sprawdzałam parę lat wcześniej, popełniłam wszystkie możliwe błędy i je naprawiłam w oparciu o feedback użytkowników, stało się gotowym produktem w pandemii.

Styczeń-luty 2020 to było podsumowanie poprzedniego roku i czas decyzji na kolejny. Byłyśmy na etapie, gdzie restauracje zaczęły nas zapraszać i proponować wynagrodzenie, bo generowałyśmy super ruch. Nasze media społecznościowe mocno urosły.

Pojawiała się dyskusja o otwarciu pracowni w Poznaniu. Dosłownie tydzień przez lockdownem, miałam podpisać umowę najmu. Partner musiał gdzieś wyjechać i tej umowy nie podpisałyśmy. Mam wrażenie, że coś nad nami czuwało, bo z miesiąca na miesiąc przesuwała się możliwość spotkań stacjonarnych. Wiedziałam, że nie ma sensu podpisywać takiej umowy. No i oczywiście wszystkie zamówione materiały z planowanej przestrzeni, 500 kartonów, tony włóczki i sznurków, przyjechało do nas do domu. Pokój naszej najmłodszej córki zamienił się w centrum przeładunkowe. Przyznam, że tak to wygląda do dziś.

Cały czas pracowałam z tą samą mentorką biznesową. To ona „włączyła” nam lampkę misji, przekonała nas, że my teraz możemy ludziom pomagać. Świat online dla większości był nowością i wymagał adaptacji, a dla nas to była norma.

Zaczęłam robić bezpłatne live’y na FB. Ktoś mógłby powiedzieć, że brzmiałam jak coachingowo-mentoringowy szarlatan, bo zaczęłam zachęcać ludzi do spojrzenia na nasz wewnętrzny świat, skoro nie możemy wyjść na zewnątrz, zachęcałam do zastanowienia się, za co możemy być wdzięczne. Miałam wrażenie, że jak to mówię to pomagam innym i sobie.

PYT: Coaching dla samej siebie?

AG: Tak.… i te dzieci w tle biegające… i te sznurki rozciągnięte po całym domu… Oczywiście wyłączyłyśmy wtedy całe zarabianie i przez te dwa-trzy miesiące, gdzie wszyscy mieli poczucie zagubienia, my byłyśmy bardzo obecne. Próbowałam zarażać optymizmem. Przyciągnęłyśmy naszymi działaniami rzesze kobiet, które potrzebowały tej społeczności i obecności. One później z nami zostały.

Po trzech miesiącach, bez zarabiania, trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. Dla niektórych dziewczyn zarobki z OPLOTEK stały się jedynym źródłem utrzymania. Postawiłyśmy bardzo mocno na online – pojawiły się bezpłatne poniedziałkowe warsztaty z pitchem sprzedażowym na końcu. Materiały do dziergania wysyłałyśmy pod adres uczestniczek, a warsztat był nagrany na platformie. I znowu to produkty cyfrowe zaczęły zarabiać.

Ruszyłam też wtedy z podwójną mocą z Akademią Rękodzielnika, czyli programami skierowanymi do twórców rękodzieła w formie coachingu grupowego. Pracuję na nich indywidualnie z 5 – 6 osobami. Celem jest aktywizowanie kobiet, żeby stawały się samodzielne biznesowo. Zapraszam je też do bycia naszym partnerem przy realizacji dużych projektów, wymagających wielu rąk.

Na horyzoncie pojawili się klienci korporacyjni. W jednym z naszych warsztatów wzięła udział pani, która jest odpowiedzialna za Employer Branding w Rossmannie. Zwróciła się do nas z prośbą o zorganizowanie warsztatów dla nich, które w czasach pandemii pomogą zbudować relacje pracownicze. Zależało jej na czymś co będzie przyjemne i sprawi, że mimo zmęczenia światem online, ludzie będą chcieli usiąść przed komputerem i pobyć ze sobą razem. Muszę przyznać, ze jest to ogromny sukces, i to nie tylko po naszej stronie, ale też po stronie koordynatora projektu. Panie biorące w nich udział utworzyły nawet własny #hashtag (#rossplotki = Rossmannowe Oplotki), stworzyła się w pewnym sensie subkultura. Z informacji zwrotnych wynika, że program działa jako integrator na dużo większa skalę niż planowana. Okazało się, że osoby, które nie brały udziału w eventach sprzed pandemii, bo były z małych miejscowości i nie mogły dojechać, teraz po prostu włączają zooma i rzeczywiście czują się częścią firmy, korzystają z benefitów, które pracodawca daje.

Wbrew pozorom pandemia otworzyła nam wiele drzwi.

Mam świadomość, że dostałyśmy gigantyczną szansę. Z zarobionych pieniędzy rozwinęłam zespół. Mogłam zatrudnić osoby, o których od dawna marzyłam. Pojawił się integrator, pojawił się programista, osoba, która przyczynia się do tego, że kursy są jeszcze fajniejsze, jeszcze bardziej przyjazne użytkownikowi.

RC: W świetle tego wszystkiego, co powiedziałaś, co byś poradziła przedsiębiorczym kobietom?

AG: Nauczyć się prosić o pomoc. Zapłacić za pomoc, jeśli trzeba. Długo borykałam się z tym. Postrzegałam to jako swoją niekompetencję, potwierdzenie, że czegoś nie potrafię. Dużo we mnie było wewnętrznego, negatywnego dialogu. Ktoś ma mi tłumaczyć, jak ja mam zbudować własny biznes, przecież ja tyle lat pieniądze zarabiałam? Ktoś, kto nawet nie robi na szydełku ma mnie nauczyć jak mam zbudować firmę na rękodzielnictwie?

Nauczyłam się, że zapłacenie komuś za pomoc jest inwestycją. Nie mówię tu nawet o coachingu, czy mentoringu, czy terapii, jeśli jest potrzebna. Ruszamy za chwilę z kampanią crowd-fundingową, bo wydajemy książkę i chcemy zaprosić społeczność, żeby się w to włączyła. Pierwsze co zrobiłam, to znalazłam kogoś, kto wie jak to obsłużyć. Jednocześnie wiem, że wspieramy się nawzajem jako kobiety płacąc za usługi, które kupujemy od innych kobiet.

RC: Słuchać swojej intuicji, a potem szukać pomocy. Dziękuję za inspirującą rozmowę.


Rozmawiała: Renata Constable


Agnieszka Gaczkowska: architekt, rękodzielnik, przedsiębiorca i mentor biznesowy. Założycielka marki OPLOTKI – przestrzeni stworzonej z myślą o rękodzielnikach i pasjonatach rękodzieła. Szczęśliwa żona i mama trójki dzieci. Studiowała na Politechnice Poznańskiej oraz Uniwersytecie Technicznym w Berlinie. Po obronie pracy magisterskiej założyła i z sukcesem prowadziła własną Pracownię Architektoniczną. Będąc na urlopach macierzyńskich brakowało jej wspierającej społeczności kobiet, które przy przysłowiowym „darciu pierza” mogą rozmawiać, plotkować i rozwijać swoje rękodzielnicze pasje. Postanowiła zorganizować kameralne spotkania networkingowe przy rękodziele. Tak powstały Oplotki, których misją jest rozwijanie pasji do rękodzieła, a także wspieranie rzemieślników i rękodzielników w drodze zamiany kosztownej pasji na dochodowy biznes. Jej misją jest pokazanie, że rękodzieło to nie tylko drogie hobby. Wierzy w moc współpracy i dzielenia się swoją wiedzą. Zaraża entuzjazmem, miłością do pasji i pozytywnym nastawieniem zrzeszając imponującą społeczność pasjonatów, rękodzielników i rzemieślników.
 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X