02.03.2018, 13:15

Nieznana historia Marii Callas

Najsłynniejsza diwa operowa wszech czasów, fascynująca kobieta pełna sprzeczności, spełniona na scenie, ale szukająca wielkiego uczucia i uwięziona w burzliwym trójkącie miłosnym. Fascynująca, pełna emocji historia, która powstała z niepublikowanych dotąd materiałów, prywatnych filmów, kręconych dyskretnie ujęć i z najszczerszych, intymnych wyznań. Od dziś na ekranach kin. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z reżyserem.

Tom Volf to fotograf i reżyser. Część kariery poświęcił filmowaniu oper oraz reklamie modowej. Prywatnie od lat zafascynowany jest Marią Callas.

Jak udało ci się dotrzeć do wszystkich materiałów?

To była prawdziwa misja detektywistyczna. Udało mi się spotkać z przyjaciółmi Marii Callas; sławami takimi, jak Franco Zeffirelli czy Alain Delon. Ale skontaktowałem się też z jej kamerdynerem i pokojówką, którzy pracowali u niej przez 20 lat. Zazwyczaj odmawiali rozmów z dziennikarzami, ja jednak zdobyłem ich zaufanie. Część filmu poświęciłem wyłącznie materiałom przekazanym przez jej bliskich z całego świata. Inne pozyskałem z archiwów instytucji, telewizji i agencji prasowych. Większość z nich nie była odpowiednio opisana, wiec spędziłem wiele nocy w archiwach pochylony nad stosem anonimowych materiałów.

Ile ci to zajęło?

Pracowałem nad tym projektem ponad 5 lat. Zawsze, kiedy chciałem już zamykać etap montażu, pojawiały się nowe dokumenty i nowe, fascynujące wątki. Nad tym filmem można by pracować bez końca.

W takim razie ile trwał sam montaż?

ogę powiedzieć bardzo dokładnie: 6 miesięcy. I mam tu na myśli 7 dni w tygodniu, dzień i noc. Dosłownie – spałem w sali montażowej. To był mój Everest. Na szczęście nie byłem w tej podróży sam. Pomagała mi Janice Jones, która pracowała przy nagrodzonym Cezarem dokumencie „Inferno – niedokończone piekło”. Można powiedzieć, że znalazła sobie kolejne piekło! 

Ile w filmie jest tych niepublikowanych materiałów? 

Szczerze mówiąc, jest to znakomita większość. Mnóstwo czasu poświęciliśmy rekonstrukcji cyfrowej. Zależało mi na tym, żeby całość komponowała się perfekcyjnie.

Co uważasz za swoje największe odkrycie, jeżeli chodzi o nowe materiały?

Trudny wybór, jest ich tak dużo… Ale chyba najważniejszym odkryciem są prywatne filmy, na których pojawia się Maria Callas, nakręcone kamerą Super 8. To niesamowite, jak inaczej zachowuje się w swoim intymnym środowisku. Tam można zobaczyć prawdziwą Marię, nie jej publiczną maskę – Callas. Wielkim skarbem są też nagrane przez publiczność fragmenty „Toski” z Nowego Jorku albo „Normy” z Paryża. Można poczuć się jak część publiczności, wziąć udział w wydarzeniu sprzed lat.

Czy sądzisz, że twój film pomógł położyć kres pewnym plotkom?

Myślę, że udało mi się obalić parę mylnych przekonań na temat Callas. Całą fasadę kapryśnej diwy, która straciła kontakt z rzeczywistością – czyli wizerunek, jaki zbudowały jej media. Film rehabilituje ją w tym zakresie. Podobnie, jeżeli chodzi o romans z Onasisem. To historia miłosna trwająca do końca ich życia. Udało mi się też odnaleźć nagrania z ostatniego roku jej życia, który spędziła w odosobnieniu i z dala od błysku fleszy. Wcale nie były to czasy żałoby – widzimy ją promienną, jak zawsze zachwycającą, spacerującą po ulicach Palm Beach. Zupełnie inaczej, niż przedstawiają to media.

A jak wyglądała praca nad rekonstrukcją cyfrową?

To było równie ważne zadanie, co samo zbieranie materiałów. Zależało nam, aby ujednolicić wszystkie formaty, rozdzielczości, kolory… Staraliśmy się, żeby obraz był jak najbardziej spójny. Podobnie było z dźwiękiem. Mieliśmy tyle różnych nośników! Kasety, taśmy, winyle… a na nich prywatne nagrania, występy, wywiady. Samo opisanie materiałów było wielkim wyzwaniem.

Jak skonstruowałeś samą narrację?

Trzymałem się złotej reguły. Porzuciłem pomysły o narratorach i gadających głowach. W moim filmie głos ma tylko Maria.

W takim razie co z chronologią?

Nie chciałem mieć podejścia akademickiego, ale też nie szukałem na siłę nowych form narracji. Najbardziej zależało mi na odpowiednim rozłożeniu emocji. Na podstawie materiałów udało mi się uformować podział życia Marii na trzy etapy. Całkiem nieźle te etapy przekładają się na dekady (1950, 1960, 1970); tak zmieniało się jej życie na gruncie prywatnym i profesjonalnym. Widz widzi tę metamorfozę. Tylko raz odszedłem od tej zasady: przez cały film przewija się wywiad, jakiego Maria udzieliła Davidowi Frostowi. On właśnie nadaje tempo całemu filmowi.

Jak zatem zakwalifikowałbyś swój film? Biografia, dokument, a może pełnometrażowy musical?

Chciałbym uniknąć szufladkowania go. Nie nazwałbym go tylko i wyłącznie dokumentem. Dla mnie to po prostu film. Film kinowy. Dzięki temu widz może się poczuć, jakby oglądał Marię na prawdziwej scenie.

Szczególnie teraz, w czasach gdy widzowie oglądają opery w kinach.

Dokładnie tak. Co więcej, Callas zakończyła swoją karierę właśnie w kinie. Zagrała u Pasoliniego, w „Medei”. Czuję, jakbym tym filmem przedłużył jej karierę, pomagając jej jeszcze raz powrócić na ekrany kin.

Jak udało ci się dokonać selekcji materiałów, by zrobić mniej niż dwugodzinny film?

Pierwsza wersja miała 3 godziny i 15 minut. Wyobraź sobie miny producentów… Niestety musiałem zrezygnować z paru wątków – wyciąłem sceny z masterclass w Julliard. Nie opowiedzieliśmy również o początkach jej kariery. Ale dzięki temu uzyskaliśmy film trwający poniżej 2 godzin, bez dłużyzn, angażujący widza w historię.

Myślisz, że udało ci się pokazać „prawdziwą” Callas?

Nie da się poznać kogoś całkowicie, szczególnie tak złożonej osobowości, jaką była Callas. Ale mam wewnętrzne poczucie, że ją poznałem i zrozumiałem. Myślę, że wiem, jaką była kobietą, artystką, jakimi kierowała się wartościami, jaką miała wizję i spojrzenie na sztukę. Liczę na to, że widzowie, chociaż w jakiejś części, po seansie też będą mieli takie wrażenie.

Myślisz, że Callas zrobiłaby karierę w dzisiejszych czasach?

Poszedłbym nawet dalej w tym pytaniu. Zastanawiam się, czy ktoś taki jak Callas mógłby w ogóle istnieć w dzisiejszych czasach. Fenomen Callas opierał się na innym rozumieniu sztuki – wtedy pozwalano artystom budować swoje postaci tygodniami,  mniej się podróżowało. Wszystkim bardziej zależało na sztuce, niż na karierze. Wymagania Callas, jej styl pracy, nie byłyby możliwe, patrząc na to, jak teraz funkcjonuje opera. W dzisiejszych czasach śpiewaczki jednego dnia są w Paryżu, kolejnego w Nowym Jorku, a chwilę później w Tokio. Czasy, kiedy spokój przy tworzeniu sztuki był najważniejszy, dawno minęły.

 

Autor: Redakcja Damosfery

Zdjęcia: M2 Films

 

 

Galeria:

 
 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Sponsorzy

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera TwitterDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X