13.11.2021, 11:00

Mąż

Małżeństwo, to podobno taka ostoja szczęścia, gdzie – jeśli się pogubisz – jest ktoś, kto pozwoli Ci się odnaleźć. To proces, w którym ludzie podejmują decyzje wspólnie i wspólnie biorą odpowiedzialność za ich konsekwencje. Jednak żeby mogło dojść do tych wspólnych decyzji, każdy podejmuje swoją własną, czy w ogóle w to małżeństwo wchodzić. Bo konsekwencje tej pojedynczej decyzji ciągną się za każdym bardzo długo, oczywiście z różnym skutkiem.

Patrzyłam na niego w oddali, nie znam tego człowieka, pomyślałam. Jesteśmy małżeństwem 10 lat, a znamy się z 13. Co się z nami stało? Muzyka taneczna rozbrzmiewała, a pary tańczyły i bawiły się w najlepsze. Wesele wprawdzie miało się już kończyć, ale goście o kończeniu zabawy nie chcieli nawet myśleć. Mój mąż, łysiejący, przy kości, bawił się fenomenalnie, a z jego darem przyciągania uwagi, kochali go wszyscy. Wszyscy, od jakiegoś czasu każdy, ale nie ja. Boże, każdego dnia próbowałam znosić jego obecność, dotyk, spojrzenie. Jego słowa w moją stronę doprowadzały mnie do wkurzenia. Jego usta, doprowadzały mnie do obrzydzenia. Nie cieszyło mnie nic, nawet na tym przyjęciu byłam ostatnią chętną, żeby tańczyć z nim na parkiecie. Koleżanki zazdrościły mi męża, który był idealnie dopasowany do tej roli, opiekuńczy, kochający, pracowity, zaradny. Nigdy się nie wkurzał, nie krzyczał, inteligent. Mam wrażenie, że opisuję Wam pojęcie ideału z jakieś książki dla odrealnionych. Jednak on taki był, to dlaczego, znając jego wartość, nie czułam nic. Wlałam sobie jeszcze wina i słuchając muzyki wyszłam na taras. Noc była piękna, ciepła, księżyc błyszczał na niebie i w jeziorze obok sali weselnej. Można uznać, że za dużo wypiłam i nazbyt zaczęłam analizować, ale nie piłam dużo tej nocy. Odwróciłam się na moment w stronę sali i znowu zobaczyłam jego. Nawet teraz szlag mnie trafiał na jego widok. Pomyślicie, czemu się zamęczam, zawsze mogę odejść i to prawda poniekąd. Jednak zawsze jest jakieś ale, które nas spowalnia. Może to dzieci, może też wygoda, przyzwyczajenie lub wszystko naraz. Na pytanie dlaczego dalej to robię, nie jestem w stanie się logicznie usprawiedliwić. Męczy mnie to. Każda historia ma swoje początki, moje również miała. Cały okres studiów byłam z mężczyzną, który był aroganckim dupkiem i uważał, że wszystko mu się należy. Nawet ja byłam jakimś rodzajem trofeum. Nie czułam się z tym dobrze, jednak był, dawał mi pewność, że jest i to mi chyba wtedy wystarczało. Oczywiście zapomniałam dodać, że mężczyzna ten był uroczy, co ja gadam był przystojny, piękne ciało, twarz, zadbany, nie wspominając o nocnych lotach na księżyc w akademiku, seks mojego życia. Uśmiecham się na samom myśl o tym, co się działo. Jednak po zakończeniu studiów, uznał, że nie jestem warta tego, aby być dłużej jego kobietą i rzucił mnie. Długo cierpiałam, wydawało mi się wtedy, że nic lepszego mnie nie czeka. Byłam sama, samotna i jakbym nie próbowała tego nazwać, bolało mnie, że złamano mi serce. No tak, pewnie pomyślicie, że uciekłam w inny związek z hasłem: być z kimkolwiek, byle być. Niestety nie było tak. Zaskoczę Was. Początki nasze opierają się na stabilnym, nudnym gruncie. Spotkaliśmy się na szkoleniu z zakresu zarządzania zasobami ludzkimi. Był nudny, to fakt, ale inteligentny. Nie przyciągał uwagi. Cholera, był zwyczajny, prosty w obsłudze. Był miły. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, że słowa miły, inteligentny aż proszą się o dopisek nudny jak flaki z olejem. Im dłużej dawał mi do zrozumienia, że mu zależy, tym mnie przekonywało jego ciepło, spokój, wiara, że będzie dobrze. Mijały miesiące, było coraz lepiej z jego perspektywy, a więc i z mojej. Przecież wmówić sobie można prawie wszystko. Nie musiałam się o nic martwić, niczym przejmować, było zaskakująco inaczej. Robił generalnie wszystko tak jak powinien. Pewnie już teraz oceniło mnie kilkanaście osób, że jestem kolejną kobietą, która nie wie czego chce i nawet jak wie, to nie robi niczego tak jak powinna. Spojrzałam na kieliszek, był pusty, abym mogła Wam opowiedzieć co było dalej, muszę mieć kolejny łyk paliwa. Kiedy wchodziłam na salę, mój małżonek oczywiście już zauważył, że mnie nie ma. Pomachał mi i podszedł tanecznym krokiem. To co, kochanie, teraz my – zaśmiał się. Nie, teraz nie my – odpowiedziałam, dolałam sobie jeszcze i odwróciłam się w stronę tarasu. Ale o co chodzi – dopytywał. O nic, daj mi, cholera, chwilę. Już nawet się nie obróciłam. Byłam zła ale czy na niego, czy na siebie. Przecież to jak kilkanaście lat temu powiedziałam tak, wiedząc, że nie wiem czemu to robię. Boże, jak ja bym chciała cofnąć czas. Poczułam ogromną kulę w gardle i bałam się, że się rozpłaczę. Wracając do historii. Nawet czekałam na oświadczyny i cały ten cyrk ze ślubem. Zawsze chciałam mieć ślub, poczuć się jak księżniczka u boku księcia. Czy ja czułam, że mam księcia obok siebie. Nie, chyba nie czułam. Wiedziałam, że jest i to było takie ważne, takie bezpieczne. Tylko czego tam nie było, skoro to, co było nie wystarczyło na długo. Nie było namiętności, szaleństwa, bliskości, nie było w tym mnie. W swojej naiwności udawałam, że wszystko jest ok, wszystko jest na miejscu, jak powinno, że to wszystko przetrwa. Przecież skoro nigdy nie było bezpieczeństwa, spokoju i wszystko się kończyło, to dlaczego, jeśli teraz był, miałoby się to nie udać. Pojawiły się dzieci, miały nas cementować, co najgorsze jego cementowało do rodziny, do mnie. Mnie odpychało od niego i od słowa rodzina. Nie, to nie tak, że ja nie kocham swoich dzieci, kocham bardzo, ale nie umiem nie widzieć jego w nich. Każdego roku obiecywałam sobie, że właśnie w tym kolejnym coś się zmieni w nas, może nie w nas, we mnie. Nie potrafiłam. Kładłam się obok niego każdego dnia, a jego dłoń paliła moje ciało. Nie potrafiłam znieść jego ciała obok mojego. Mijały lata, uciekałam w pracę, najlepiej na zmiany przecież nie musiałam go widywać, zasypiałam na kanapie, udawałam najróżniejsze choroby świata, aby nie musieć go całować i przytulać. Czy on widział, pytał… Nie sądzę, żeby był idiotą widział, kiedyś zapytał. Nie chciało mi się nawet tłumaczyć. Co miałam mu powiedzieć, twoja żona nie ma ochoty na seks, na dotyk, na czułość, bo czuję do ciebie odrazę. Ja sama powiedziałam sobie to dopiero teraz. Taka jest prawda i to nie prawda podyktowana nadmiarem wina, ale prawda, która bije ode mnie już tak mocno, że nie umiem tego ukrywać. Jak ja mogłam zrobić jemu taką krzywdę, jak mogłam pozwolić mu na to, żeby mnie kochał tak bardzo, tak piękną miłością. Nawet dziś nie umiem przyznać się przed nim, że moje tak wtedy, to tak naprawdę krzyczące nie. Nawet jeśli bardzo mocno chciałabym przyznać się, co ja wyprawiam od kilku lat, brak mi odwagi. Właśnie tutaj powinno paść kolejne pytanie czego się boję, skoro on jest mi zwyczajnie obojętny. Trudne to pytanie, to czy to możliwe, że jednak mi zależy. Obawiam się, że to jednak mój chory egoizm. Jestem egoistką, ja nie boję się przyznać przed nim, ja boje się konsekwencji moich decyzji. Z jednej strony może byłyby mi one na rękę, ale co jeśli poczuję, że lepiej było tkwić w tym moim piekle, w którym znam każdą drogę i każdy rodzaj bólu i obrzydzenia. Co, jeśli nowa rzeczywistość to inny rodzaj bólu i dużo gorsze doświadczenia. Kochanie jedziemy do domu? – odwróciłam głowę i zobaczyłam męża gotowego do wyjścia, fochy przeszły uśmiechnął się i pogładził po policzku. Westchnęłam i spojrzałam mu głęboko w oczy. Tak jedziemy, oddałam uśmiech i ruszyliśmy w stronę wyjścia.

Jak często tkwimy w czymś, co ciężko nam albo zakończyć albo zmienić. Jak bardzo boimy się tej zmiany. Czy może nie boimy się samej zmiany tylko konsekwencji swojej zmiany. Są czasem dni, kiedy wydaje nam się, że nasze własne wydeptane piekło nie jest takie złe. Wiemy wprawdzie, że jest nam niewygodnie, ale nie wiemy, co najgorszego może nas tam spotkać. Może jednak spójrzmy na to od innej strony, najgorsze co może nas spotkać, to utrata siebie, utrata uśmiechu, poczucia szczęścia. To nie egoizm, jeśli jesteś szczęśliwa. Dlaczego boimy się być szczęśliwe? Przecież to nic nadzwyczajnego, ale takiego strasznego w swej prostocie, że łatwiej jest nam udawać, że jest ono nam niepotrzebne. Bycie szczęśliwą wymaga odwagi, bądź odważna. Bądźmy wszyscy, aby ta jedna najważniejsza decyzja okazała się tą najbardziej trafioną w naszym życiu. I aby móc budzić się i patrzeć na tą drugą osobę z miłością, nie poczuciem, co tu zrobić, żeby już zniknęła.

Paulina Oleśkiewicz
 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X