28.06.2017, 14:40

MamaDama na wakacjach

Podzielę się dzisiaj z Wami pewnym lingwistycznym przeżyciem, które miało miejsce kilka dni temu. Spacerowaliśmy z mężem i dwójką dzieci po wspaniałych Belgijskich uliczkach. Urocze, ceglaste, XIX-wieczne korytarze kamienic wyprowadziły nas na duży plac. Wokół kilka szykownych restauracyjek, kojarzących się z najbardziej romantycznymi scenografiami rodem z ostatnich filmów Woody Allena.

Radości dopełniał kilkuletni Julek, któremu obiecaliśmy tego dnia lody. Zaczął się o nie stanowczo dopominać. Nie, jeszcze nie rzucił się na chodnik z płaczem ale już przestępuje z nogi na nogę i zaczyna coś mruczeć pod nosem. Wykluczywszy potrzeby typu siku zaczęliśmy robić 'research', ale po lodach ani śladu. Nasi belgijscy przyjaciele byli akurat w pracy więc musieliśmy sobie sami jakoś radzić.

Wkroczyłam do jednej z ukwieconych restauracyjek pewnym krokiem. "Dzień dobry czy mówi pan po angielsku"? - zapytałam rosłego belga. "Tak troszkę". "Och świetnie, niech pan mi poradzi gdzie mogę kupić pyszne lody, takie wie pan, z prawdziwego zdarzenia" - pytam wskazując palcem za okno na zniecierpliwionego kilkulatka. "Tutaj w okolicy nie ma żadnych dobrych lodów", trzeba pojechać tramwajem, później autobusem..." - w tym miejscu przerwałam jego wypowiedź - "jest pan pewien?" - spojrzałam na niego badawczo okiem przenikliwego Indiana Jonesa - "Może jednak coś się znajdzie?" - "Ach tak tak, może pani udać się na pobliski food market, tam na pewno znajdzie pani lody". Klasnęłam w ręce. Wiedziałam. Wiedziałam, że w tym kraju słynącym z cudnej czekolady i frytek znajdzie się miejsce na ręcznie robione, domowe lody. Oczami wyobraźni widziałam wspaniałą przestrzeń jakich w Polsce coraz więcej. Lokalni sprzedawcy, domowej roboty smakołyki, przekupki handlujące świeżym pieczywem, pasztety, korniszony, drożdżowe baby. Cudo, cudo myślę a ślinka sama płynie. "A jak nazywa się ten market"? ' Cafe Kefu' - odpowiedział belg. " Czy może pan powtórzyć?" - chciałam się upewnić aby wiedzieć gdzie kierować kroki. "Kefu" - odpowiedział zapisując mi nazwę food marketu na karteczce.

 Podziękowałam najuprzejmiej jak się dało, pokazując panu rząd zębów. "Naprawdę bardzo, ale to bardzo panu dziękuję. Uratował mi pan życie" - odparłam. Los zesłał mi go z niebios. Belg jakoś dziwnie zareagował na mój entuzjazm. Wyleciałam z restauracji jak z procy, machając do bliskich karteczką. "Słuchajcie, jest tutaj taki super lokalny market, chodźmy w te pędy". Ruszyliśmy, klucząc po belgijskich zaułkach. Kilkanaście minut później dotarliśmy do ruchliwej ulicy. Po drugiej stronie majaczyły banery reklamowe ale po uroczym, gwarnym food markecie ani śladu."Asieńko, czy możesz pokazać mi tę karteczkę"? - zapytał mąż. Jakoś do tej pory żadne z nas na nią nie zerknęło, bo wyszliśmy z założenia koniec języka za przewodnika. Mąż spojrzał na mnie z politowaniem. "Carrefour" - odparł patrząc to na karteczkę to na powiewający na wietrze baner z reklamą tego food marketu. Mój cudny, romantyczny food market okazał się marketem jakich w Polsce wiele."Kefu" to "Carrefour" tylko po francusku. No, ale każdy mógł się pomylić, prawda? 

 

Joanna Plesnar

PS. Inne teksty Joanny znajdziecie na blogu (Biznes)Woman na Macierzyńskim!


 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Sponsorzy

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera TwitterDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X