22.09.2021, 08:45

Kobieta na budowie

Zastanawiałam się zawsze, jak chciałabym opowiedzieć moją historię i czy ktoś miałby ochotę jej posłuchać. Nie jest ona standardowa, nawet nie bajkowa. Chociaż, jakby się zastanowić, można uznać, że coś z bajki w niej było, pomysł, żeby zrobić wszystko inaczej niż inni. Jestem tutaj, gdzie jestem, i to bardzo dobre miejsce. Zapraszam Was do poznania historii innej niż wszystkie…

Dzwoni budzik, podnoszę głowę z poduszki i zerkam na niego, jest 4:30. Udaję, że nie widzę, nie słyszę. Dzwoni jeszcze kilka minut, ignoruję go. W myślach mam tylko jedno: czy to już jest piekło? Z racji, że przeciągam czas, potem mam 10 min do wyjścia. Myję zęby, twarz, zakładam mój mundurek i biegiem do auta. Już jestem spóźniona i już na bank będę słuchać, że pewnie bawiłam się telefonem do późna i pewnie dlatego zaspałam. Godzina do pracy, w dłoni kawa zrobiona przez kolegę i myśl, czy kiedyś to się zmieni. Nie jest to poranek topowej Pani z YouTube. Nie mam porannej rutyny, gdzie wszystko można zrobić powoli i z dziką przyjemnością delektowania się chwilą. 10 min – tyle mam od wstania z łóżka do momentu odpalenia silnika w aucie. Niewiele, a jednak wolę spać niż spędzać czas na kawie o 4:40 rano. Praca, odpalam maszynę i tak dzień za dniem. Kiedyś odpalony silnik maszyny na budowie powodował u mnie ekscytację i pewność, że jestem w dziwnym, ale jednak moim miejscu. Może uznacie to za dziwactwo, ale czułam się wyjątkowa. Patrzyłam na to wszystko obok mnie, będąc tu jedyną kobietą. Wzrok zdziwionych i zaskoczonych panów nigdy nie doprowadził do tego, żebym poczuła się jak intruz, chociaż doczekałam się wielu kąśliwych uwag na swój temat. Czy było mi przykro? Oczywiście, czasem było, ale dopóki kierowała mną chęć udowodnienia światu, że kto jak nie ja, to uczucie przykrości zamieniało się w motywację i wiarę, że kiedyś będę mieć wszystko. Lata mijały, uczucie ekscytacji zamieniało się w złość, rezygnację, poczucie życiowej porażki. Bywały dni, kiedy zaciskałam pięści, żeby nie poczuć smaku łez. Pamiętam sytuację, kiedy skuwałam resztki farby młotkiem ze ściany i wpadłam w taką złość, przez uczucie niemocy, że trzonek młotka rozgrzał się do czerwoności podczas uderzania nim o ścianę. Biłam tak długo, aż poczułam, że ciśnienie ze mnie zeszło, poczułam czarną dziurę. Jest wiele trudnych sytuacji, ciężka praca, walka z własnymi słabościami. Pamiętam pracę na dużym, 10 kg młocie, wyglądałam co najmniej śmiesznie, ale dawałam radę i bawiło mnie to czasem, gdy zrobiłam coś szybciej niż któryś z panów. Chociaż pamiętam też jak po tygodniu pracy na młocie, ręce nocami bolały mnie tak, że spałam kilka minut i żyłam w ogromnej przyjaźni z tabletkami przeciwbólowymi. Pamiętam mój upadek z 5 metrów na ziemię. Spadłam, fakt, ale czemu nikt nie wiedział, bolało oczywiście. Czy się poddałam? Pewnie, że nie. Zawsze powtarzałam, że do góry nie polecę, może los chciał mi udowodnić, że do góry może nie, ale upadek na dół boli jak jasna cholera. Jak często myślałam o innym życiu w tamtym czasie? Nie myślałam, uważałam, że mając 24 lata będę mieć tylko kolejne 50 lat. Bo przecież taka kolej rzeczy. Przecież ja do trzydziestki mam tak dużo czasu, że ogarnę Danię, wyremontuję domy od dziadków, znajdę męża, będę mieć dziecko. Ja do tej tak odległej trzydziestki to zawojuję świat, osiągnę wszystko. Jak ja bardzo się myliłam. Pisząc ten tekst próg 30 lat już za mną, rozglądam się na boki i widzę budowę, a przecież nie tego się spodziewałam. Nie tak miało być, czemu o tym wspominam? Dlatego, że ludzie na budowie, w tym ja, żyją od tak zwanego zjazdu do zjazdu, czyli od urlopu w Polsce do urlopu w Polsce. Pomiędzy nie ma nic, są godziny do przepracowania, weekendy do przepracowania lub przeczekania. To czarna otchłań, a kiedy żyjesz takim życiem 365 dni to rok zamienia się w 60 dni. Tylko tyle oddychasz, tylko tyle jesteś w normalnych warunkach, tylko wtedy wydaje ci się, że warto. Jak łatwo policzyć, moje życie od momentu przyjazdu do pracy na budowę do tych trzydziestych urodzin. Zleciało tak szybko, tak niebezpiecznie i nieubłaganie. Sami pewnie się domyślacie, że nie miałam czasu na połowę mojego planu. Mam wrażenie, że nie wykonałam go nawet w 30 procentach. Kiedy remontowałam domy, niszczyłam inną część mojego życia, gdy pracowałam nie miałam czasu dla rodziny, gdy wracałam płaciłam za remont i to działało jak spirala błędów. Czy zauważyłam, co się dzieje? Nie, zawsze było jakieś godne wytłumaczenie, a ja, jak najlepszy pisarz, dopisywałam sobie historię, w którą warto było wierzyć. Patrzyłam kątem oka, czas stał się wartością, szkoda, że nie był nią od samego początku.

Oczywiście w całej historii jest również wiele pozytywów kobiety na budowie. Podstawowy to taki, że panowie czasem wykazywali się jako dżentelmeni i przymknęli na coś oko. Pomogli, patrzyli na mnie jak na wariata, ale mimo wszystko pomagali. Inny to taki, że można było powiedzieć, jadę do domu, bo źle się czuje i nikt nie śmiał zapytać dlaczego. Panowie to wstydziochy, jak ja ich nazywam. Wiecie co jest najzabawniejsze, że zawsze uważałam nas kobiety za plotkary, za część społeczeństwa, która ciągle analizuje i wymyśla. Nawet nie wiecie jak wiele plotek, ciekawostek można dowiedzieć się w kuluarach budowy. Lubią siedzieć na śniadaniu i gadać, rozpamiętywać, nazwijmy to wprost obgadywać. Czy mnie to bawiło, nawet bardzo, ich spojrzenie na świat jest inne niż nasze, kobiece. Jednak co dzieje się w głowie 24-latki, która jest kobietą, ale wrasta w środowisko tak inne, tak dziwne i niesamowite. Dzieją się dziwne rzeczy. Zaczyna utożsamiać się ze światem, w którym musi funkcjonować. Mnie też niektóre zachowania kobiet zaczęły dziwić, co więcej irytować. Zakupy przyprawiały mnie o zawrót głowy, ale nie ze szczęścia, tylko z totalnego wkurzenia. Chwilami nawet żałowałam tych moich kolegów, jak opowiadali o żonach, które ich zupełnie nie rozumieją. Najgorsze, co zadziało się w mojej głowie, było to, że spotykając mężczyzn innych niż ci pracujący na budowie, zaczęłam wrzucać ich do jednego worka. Worka z ciamajdami, ciapami i frajerami, jak mieli to w zwyczaju mówić moi "mentorzy". Bo przecież nie istnieją inne problemy jak tarcza do flexa, noże do piły, burzenie budynków, ciężka praca. Mój rozum pojechał na wakacje, a ja bez niego urządzałam sobie mentalną imprezę w swoim świecie. Uznacie to za banał, ja z czasem też zaczęłam myśleć inaczej, dziś mnie to bawi, wtedy nie było mi do śmiechu. Moi mentorzy, panowie, którzy mieli wówczas już swoje lata, Polacy, Duńczycy, zabawni i trudni do zrozumienia, (nie mówiąc o języku, który wtedy dla moich uszu brzmiał jakby ktoś jedząc ziemniaka, próbował się komunikować, dziś wiem, że ten język jest piękny w swej prostocie, ale dalej mam wrażenie, że duszę się jak mówię) wprawiali mnie w osłupienie, gdy pokazywali mi, że życie to taka gra komputerowa, jak chcesz grasz, jak nie chcesz – udajesz, że w domu nie ma prądu. Kiedyś pamiętam urządzali sobie duński talent show, śpiewając do zaczepionych do sufitu, naciągniętych plastikowych osłon na kable, nazywanych peszlami. Jednak coś poszło nie tak. Rurka pełniąca funkcję mikrofonu, wyślizgnęła się jednemu z "artystów" z dłoni. Możecie sami się domyśleć, że siła uderzenia w jego wielki duński nos była ogromna, co za tym idzie krew, która się polała została uznana za element zwycięstwa nad przeciwnikiem. Moje oczy urosły do wielkości dwóch mandarynek, a w głębi duszy wybuchnęłam śmiechem. Duńczyk spojrzał na mnie i z ostoją spokoju i łzami w oczach oznajmił, że koniec talent show, wracamy do pracy. Każdy dzień przynosił niespodzianki, szczególnie poniedziałki. To taki wyjątkowy dzień w tygodniu, który moi współpracownicy szczególnie upodobali sobie jako "narodowy dzień wolnego." Ze strachem wybierałam numer mojego szefa, żeby mu oznajmić, że jestem sama i nie wiem, co dalej robić. Myślę, że mojego szefa do mojej obecności na budowie przekonało jedno... moje prawo jazdy plus jego desperacja odnośnie braku kierowców. Z perspektywy czasu uważam, że posiadanie samego dokumentu, bez umiejętności płynnej jazdy, jest nieco uciążliwe. Pewnego dnia dostałam kluczyki do samochodu, nie było to małe auto, wtedy wydawało mi się, że będę jeździć małą ciężarówką. Znacie to uczucia z egzaminu na prawo jazdy? Każdy je zna, mniej więcej chodzi o to, że z jakiegoś niewyjaśnionego powodu jedna z nóg zaczyna tańczyć do popularnej piosenki disco polo. Nie chcesz tańczyć, ale mózg nie ogarnia, co się dzieje. Moje uczucie w tym aucie było porównywalne. Nie wspomnę o tym, że przy ruszaniu bolały wszystkich uszy a zapach palonego sprzęgła unosił się w aucie przez kolejnych kilka dni. Jak już ruszyłam, niewątpliwie wielkim zaskoczeniem był fakt latającego auta na progu zwalniającym, ale to był wyskok. Dobrze, że takie wspomnienia są tylko moje, mój szef mógłby tego wtedy nie przeżyć. Co jeszcze powodowało u mnie zdumienie na budowie, jedna ważna rzecz, jeśli robisz swoją pracę szybko i solidnie pokazujesz, że chcesz, to nic Ci to nie daje. Przytoczę Wam kolejne wspomnienie. Nie wiem, czy już wspominałam, ale znajomość obsługi niektórych maszyn była u mnie na poziomie, lekko mówiąc, niskim. Dostałam urządzenie, którego nigdy nie widziałam wcześniej, noże do tego i brechę. Kazali mi usunąć i wynieść drzwi wraz z futryną i oknem obok, typowe drzwi biurowe. Myślałam, że ktoś powie mi jak mam to zrobić. Nic bardziej mylnego. Duńczyk przyszedł powiedział, co mam robić i poszedł. Z 10 min zajęło mi przyswojenie wiadomości, w jak kiepskiej sytuacji jestem. Pomyślałam, przeanalizowałam i zaczęłam działać, początek był dość dobry. Jednak kiedy maszyna odmówiła mi posłuszeństwa, bo nóż przy pile się złamał, pomyślałam: "musi być wymienny, skoro dał mi jeszcze dwa, ale jak ten ułamany stamtąd wydostać?" Użyłam wszystkich swoich zasobów myślowych i nic. Stwierdziłam w swojej małej, tępej głowie, że może trzeba coś odblokować. Oj, dobrze wymyśliłam, choć sposób wybrałam mało inteligentny. Wsadziłam do środka palca i nacisnęłam przycisk uruchamiający maszynę. Domyślacie się pomysł zły. Do dziś kiedy patrzę na bliznę po szyciu na palcu myślę, człowiek jest jednak głupi. Nie dlatego, że mam doświadczenie, bliznę, ale dlatego, że gdy palec nadawał się do szycia, ja owinęłam go chusteczką i wsadziłam do rękawiczki budowlanej, przełknęłam łzy i poszłam zapytać jak wymienić ten nóż, chociaż do dziś pamiętam wszystkie przekleństwa, jakie miałam w głowie. Nie mogłam nie skończyć, swojego pierwszego, poważnego zadania. Nie umiem się poddawać.

Jest wiele historii, które mogłabym Wam opowiadać, to w końcu aż i tylko 10 lat. Kiedy było najgorzej, teraz jest, kiedy nie mam już tyle siły, zaangażowania, wiary w siebie. Kiedy po kilku dniach słyszę, że nic nie robię, że nic mi się nie chce. Teraz jest ciężko, gdy przyszło spakować swoją ostatnią walizkę. Może dlatego, że nie mam poczucia zwycięstwa, mam poczucie, że jak śpiewał klasyk: „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym”. Ja schodzę pokonana przez własne słabości, własną chorą ambicję. Czasem zastanawiam się jak będzie, kiedy budzik już nie zadzwoni o 4:30. Nie będzie adrenaliny, wkurzenia, kawy w kubku podczas godzinnej podróży do pracy. Jak to będzie, kiedy nie spotkam dziwnych panów z budowy, nie będę narzekać, że jest ciężko. Pytanie jest trudne, nie wiem jak będzie. Jestem kobietą z budowy, od 10 lat nie musiałam myśleć o zmianach, nowej pracy, nowych ludziach, których przyjdzie mi spotkać. Pośrodku tego wszystkiego jest jeszcze jedno pytanie, czy ja jestem gotowa opuścić ten świat, który tyle mi zabrał i tyle dał. Właśnie, jednego dnia jak pewnie się domyślacie jestem, pakowanie mentalnej walizki zajęłoby mi 10 min. Dotarcie do domu 12 godzin. Do domu… Gdzie jest ten dom, czy tam gdzie myślę? Czy to co tam zastanę jest lepsze od mojego ciasnego mieszkania w duńskim mieście? Jest wiele pytań na które czasem odpowiedź jest bardzo łatwa, bo wręcz oczywista, ale w mojej głowie zawsze jest jakieś ‘ale’. Może to moja strefa komfortu, ostatnio dużo czytałam o wychodzeniu ze strefy komfortu. Moja historia dla wielu osób będzie zabawna, dla wielu będzie niewiarygodna, jeszcze inni uznają mnie za upartą, głupią, nudną. Każdy ma prawo do swojej opinii. Z perspektywy czasu wiem, że był to czas nauki życia, pracy. Wiele łez. Tych z bólu i tych z poczucia niesprawiedliwości, ale i z radości. Każda łza ma inny smak a dzięki pracy na budowie poznałam smak wszystkich tych łez. Dziś ciężko mnie zranić, zaskoczyć, poniżyć. Dziś umiem siebie bronić, o siebie walczyć i umiem się pogodzić, że porażki, które są nieuniknione, są kolejnym doświadczeniem, nie stratą czasu. Poznałam wielu ludzi, nauczyłam się, że duża część z tych osób zmarnowała mój czas. Oni też byli w moim życiu potrzebni. Zapytacie po co, fakt, z jednej strony mogłabym powiedzieć, że chyba po nic, pozostał po nich tylko niesmak. Jednak z drugiej strony, po to, żeby wiedzieć jak to jest, kiedy ktoś ostro kopnie cię w miejsce, o którym nie będę tu wspominać, ale ciężko siedzieć potem przy stole przez kolejne lata. To nie boli dzień czy dwa, piętno nosi się kilka lat albo i całe życie. Chciałabym dziś powiedzieć sobie: dziękuję, odwaliłaś kawał dobrej roboty.

Paulina Oleśkiewicz
 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X