18.08.2020, 08:45

Kino: Klub Rozwodników

Film „Klub Rozwodników”  przez pryzmat farsy i komedii, porusza głębsze tematy, jak upływ czasu, przebaczenie, przyjaźń… To ciekawa opowieść o współczesnych 40-latkach.

Fabuła filmu „Klub Rozwodników” jest prosta. Po pięciu latach małżeństwa Ben jest nadal szalenie zakochany w swojej żonie. Ale świat mu się zawali, gdy pewnego dnia publicznie odkryje, że jest zdradzany. Upokorzony i załamany próbuje się jakoś pozbierać i wtedy spotyka dawnego kumpla – Patricka. Ten jest rozwiedziony i w pełni korzysta z odzyskanej wolności. Proponuje Benowi, by z nim zamieszkał. Wkrótce dołączają do nich kolejni rozwodnicy. Impreza się rozkręca, a rozbawieni czterdziestolatkowie… ustalają pierwszą zasadę „Klubu Rozwodników”. Przeczytaj wywiad z reżyserem filmu.

„Klub Rozwodników” jest trzecim filmem, który samodzielnie wyreżyserowałeś. Pojawia się 7 lat po „Niech żyje Francja!”. Czemu tyle czekałeś z powrotem za kamerę?

Michael Youn, reżyser: Nie czekałem. Jako aktor miałem w tym czasie bardzo wiele ciekawych projektów i na tym się skoncentrowałem.Ponadto, szczerze mówiąc, byłem rozczarowany wynikiem jaki zrobił „Niech żyje Francja!”. Wprawdzie przekroczył milion widzów, ale nie tego się spodziewałem. Musiałem się zastanowić nad sobą i swoją drogą, szukałem się jako autor i reżyser. A jak człowiek poszukuje, to mniej tworzy. I tak było ze mną. Poza tym zrobienie filmu, to ogrom pracy. Oprócz pomysłu na historię, trzeba zawalczyć o finansowanie, wybrać najlepszy scenariusz, wyprodukować film, ogarnąć postprodukcję, promocję i jeszcze parę rzeczy. Robi się z tego 2-3 lata. Więc przed rozpoczęciem warto się upewnić, że naprawdę tego chcesz i projekt jest tego wart. Cały ten proces zajął 7 lat, a ja – oczywiście - nie przewidziałem, że to tyle potrwa.

A skąd się wziął pomysł?

Zbieg okoliczności. Z jednej strony dystrybutor i producent Clement Miserez zaproponowali mi film na temat rozwodu, ale kompletnie odjechany. Z drugiej - sam właśnie przechodziłem rozstanie i wiele mogłem na ten temat powiedzieć. Uznałem, że lepiej nie mogło trafić. Skontaktowałem się z moimi ulubionymi autorami, z Matt Alexander i napisaliśmy scenariusz. Wydaje mi się też, że chciałem zakończyć swoją osobistą żałosną historię miłosną śmiechem. Zamknąć ten epizod z humorem.

Czy marzyłeś wtedy o takim miejscu dla okaleczonych serc jak w filmie?

Kiedy jesteś w trakcie rozstania, to zawsze trafiasz na znajomych, którzy wciągną cię w wir imprez, tłumacząc, że rozwód, to najlepsze, co mogło cię spotkać. Każdy przez to przechodzi. Niestety, nie miałem tyle szczęścia, by trafić do takiego miejsca jak „Klub Rozwodników”, gdzie kobiety i mężczyźni mogą się pocieszać, imprezując, bawiąc się jak nastolatki, ale z możliwościami dorosłych. Natomiast, jako osoba mieszkająca przez 15 lat z kumplami - do narodzin mojej córki 9 lat temu (więc jednak do 38 roku życia!!!) - myślę, że mam bardzo wiele do powiedzenia na ten temat. Dzisiaj już bym nie mógł żyć w takim bajzlu, ale dopóki nie ma się dzieci, to jest rewelacyjne. Szczególnie jeśli nie lubisz samotności. 

Ten film, przez pryzmat farsy i komedii, porusza również głębsze tematy, jak upływ czasu, przebaczenie, przyjaźń…

Chodziło o to, żeby zacząć od dość klasycznie pokazanej relacji miłosnej i potem kompletnie to wysadzić w powietrze, by stery przejęła komedia. Ale tematy, które poruszamy – samotność, oddanie, przyjaźń - przemawiają do wszystkich. „Jesteś singlem, więc nikt cię nie opieprza, kiedy się dobrze bawisz” – to nie przemawia tylko do rozwodników. Przeciwnie. Jak to mówi w filmie postać Francois-Xaviera Demaison: „Główną przyczyną rozwodów jest małżeństwo!”. Przede wszystkim jednak chciałem zrobić „śmieszną komedię” i to nie pleonazm, bo jest masa komedii nieśmiesznych. Bardzo trudno jest być zabawnym przez cały film. Szczególnie w ostatnim akcie, kiedy następuje rozwiązanie. Mimo wrodzonej skromności muszę jednak przyznać, że tym razem nam się udało. Przekonałem się o tym w trakcie seansów przedpremierowych w całym kraju i na Międzynarodowym Festiwalu Komedii w Alpe d’Huez, gdzie odbiór był świetny. Rozśmieszyć publiczność jest zadaniem trudnym i ryzykownym zarazem. Jak wielu francuskim filmom się to udaje w ciągu roku? Najwyżej 5 lub 6. Rozśmieszyć ludzi żonglując humorem, który nie jest ani zbyt staromodny, ani żenujący, bez złośliwości czy podłości, wprowadzając pewien powiew świeżości i nowoczesności, i to wszystko w zgodzie ze sobą - to prawdziwa ekwilibrystyka. Powodzenia!

Czy to znaczy, że pisząc scenariusz nie stosowałeś żadnej autocenzury?

Żadnej. Nie obyło się bez ostrych dyskusji z dystrybutorem, ale to część procesu twórczego. Uważam, że można balansować na granicy, póki jest w tym jakaś życzliwość do postaci.

Jak pracowałeś nad stroną wizualną filmu? „Klub Rozwodników” to elegancka komedia. 

Realizacja to świetna robota. Nieustannie się uczę. Zarówno dzięki członkom ekipy, jak i poprzez próby i ryzyko które podejmuję. Robiąc moje trzy filmy, spędziłem w sumie koło 30 tygodni za kamerą. Jest to niewiele w porównaniu ze szkoleniem choćby cukiernika, ale za każdym razem staram się pójść krok dalej, zaskoczyć samego siebie, przesunąć sobie poprzeczkę. Lubię myśleć, że widzowie wychodzą z kina usatysfakcjonowani, że film był nie tylko zabawny, ale i miał w sobie „to coś”. Pewien producent powiedział nam komplement stwierdzając, że film musiał drogo kosztować. Był przekonany, że zrobiliśmy go za 12 milionów euro, a my wydaliśmy tylko połowę tej sumy. Uwierzcie mi, że wyciągnąłem maksimum tego co mogłem z całej ekipy i z każdego euro, które dostałem.

To widać, szczególnie po niesamowitym domu, w którym mieści się „Klub Rozwodników”. To miejsce naprawdę istnieje? 

Tak, to posiadłość pod Tulonem. Dom z Belle Epoque, który został właśnie sprzedany za 19 milionów euro! Urobiliśmy właściciela i kręciliśmy u niego przez 2 miesiące praktycznie za bezcen. Ten dom jest jedną z postaci filmu – wielki, pełen przepychu, z mnóstwem zakątków jak malutka prywatna plaża czy wiszące ogrody. Praca w takim miejscu była dodatkowym bonusem. Nie lubię kręcić w Paryżu, jestem wtedy mniej kreatywny i nie potrafię znaleźć odpowiednich miejsc. Jestem Paryżaninem i nie umiem spojrzeć na moje miasto jak na scenografię filmową. Jestem zbyt nasiąknięty 40 latami łażenia po tych ulicach, stania w korkach, użerania się z upierdliwymi sąsiadami, by umieć sfilmować Paryż. A poza tym, jeśli chcesz uwieść widzów piękną historią, to cóż lepszego niż słońce i bezkresny widok.

 

 

Materiały: Monolith.pl

 

 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X