26.03.2019, 08:00

Każda z nas ją ma... każda z nas może ją stracić... Czy jest nam potrzebna?

Nie jest prosto być kobietą, nie jest prosto lubić swą kobiecość ze wszystkimi jej mniej miłymi aspektami, nie jest prosto „ją” mieć… nie jest prostą „ją” stracić…

 

Czy było mi żal się z „nią” żegnać? Nie, wcale… Moja pani psycholog, do której chodziłam „w innej sprawie”, zaleciła mi, żeby się z „nią” pożegnała, powiedziała „jej” coś miłego na do widzenia… pomyślałam to jakiś obłęd, z resztą ja „jej” przecież wcale tak nie lubiłam, wręcz przeciwnie czułam do „niej” żal, a czasem nawet złość za to, że miałam okres, przy którym konałam z bólu, a żadne środki przeciwbólowe nie pomagały, za to, że seks nie był wcale przyjemny, bo prawie zawsze towarzyszył mu ból, za to, że chciała odrzucić ciążę i prawie straciłam życie… za to, że każdy koszmarny sen kończył się ogromnym ściskiem, potężnym skurczem i okropnym bólem w podbrzuszu.

Kiedy moje mięśniaki urosły do niebotycznych rozmiarów, lekarz zdecydował, że trzeba „ją” usunąć zostawiając przydatki. Pomyślałam, że to dobrze, że tylko „ją”, bo nie przejdę szybko w strefę galopującego klimakterium. Nie miałam problemu z pozbyciem się „jej”, stało się więc to, co nie uniknione… Potem była długa droga do powrotu do zdrowia, długie oszczędzanie się, choć to nie w moim stylu… i niby nic się nie zmieniło, a jednak... Gdy zaczęłam dochodzić do siebie, ze zdziwieniem dostrzegłam, że moje biodra zmieniają kształt i rozmiar przynajmniej plus jeden w górę, bywa, że dwa…  piersi wciąż bolą, rosną i sterczą jak sztuczne… jestem przerażona, gdy dochodzę do rozmiaru „E”, bo boję się co będzie dalej. Totalna zmiana bielizny, przymiarki ubrań z szafy kończą się łzami, gdyż prawie w niczym się nie dopinam, a spodnie wchodzą mi tylko do bioder… Co się stało, gdzie się podział mój rozmiar 36???

Przyjaciółki mówią, żebym nie histeryzowała, że chciałyby mieć taki biust, że wcale nie jestem gruba, że świetnie wyglądam… a ja chodząc ulicami chciałabym być niewidoczna, zakładam szerokie ubrania, w których czuję się jeszcze większa, nie maluję się zbyt mocno, żeby nie rzucać się w oczy, nie przyjmuję zaproszeń na imprezy czy wyjścia ze znajomymi, wolę zaszyć się w domu i sączyć wino oglądając filmy na Netflixie.

To trwa dość długo, za długo…, ale przychodzi w końcu dzień, kiedy zaczynam się oswajać ze swoim nowym JA, przyjmuję fakt, że nie wbijam się już w swoje ulubione spodnie rozmiaru 36, że niektóre rzeczy muszę oddać swoim młodszym koleżankom… Przyzwyczajam się do szramy na podbrzuszu, mam już wymyśloną historię dla potencjalnego faceta skąd ona pochodzi, bo jednak, mimo że „jej” nie lubiłam, to powiedzieć, że „jej” nie mam jest trudno… Z czasem odnajduję plusy, bo okazuje się, że mężczyzna, z którym jestem mówi, że jestem piękna, że moje piersi są idealne, że szramy to nawet nie zauważył… no i mogę kochać się, kiedy i jak chcę… i wreszcie nic mnie nie boli.

Nie jest prosto być kobietą, nie jest prosto lubić swą kobiecość ze wszystkimi jej mniej miłymi aspektami, nie jest prosto „ją” mieć, ale zapewne dla wielu kobiet, nie jest prosto się „jej” pozbyć, nawet jeśli się za „nią” nie przepadało…

 

 Autorka: znana z imienia i nazwiska Redakcji.

 

 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Sponsorzy

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera TwitterDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X