11.11.2021, 11:00

”Ja wam zagram hymn polski. I proszę wstać!”

Wirtuoz niepodległości. Jako jedyny sprzeciwił się Stalinowi podczas pierwszego posiedzenia ONZ. Wiaczesław Mołotow przewodniczący sowieckiej delegacji patrzył na to z bezsilną wściekłością.

„Gwiaździsty sztandar niech tryumfalnie powiewa ponad krajem wolnych, ojczyzną dzielnych ludzi!” w głowach słuchaczy wybrzmiewał jeszcze refren hymnu Stanów Zjednoczonych Ameryki, kiedy muzyka ustała. Ręka pianisty zawisła nieruchomo w powietrzu tuż ponad klawiaturą fortepianu. Zapadła cisza. Wszyscy wstrzymali oddech. Czyżby błąd w wykony światowej klasy pianisty? A może chwila wahania przed wirtuozyjnym popisem? Ku zdumieniu wszystkich zebranych Artur Rubinstein wstał i powiedział: „Tutaj, w tej sali, chcecie urządzić szczęśliwą przyszłość świata. Brakuje mi chorągwi Polski, za którą walczyliście. Ja tego nie mogę tolerować. Ja wam zagram hymn Polski. I proszę wstać!”

Zdawać by się mogło czymś niemożliwym, zmusić do powstania najmożniejszych tego świata, zebranych na tej sali i przedstawicieli 50 państw. Dzień wcześniej ratyfikowali dokument, dając początek Organizacji Narodów Zjednoczonych. Koncert miał być uwieńczeniem dziewięciotygodniowych obrady konferencji założycielskiej. Wśród uczestników obrad zabrakło jednak ważnego koalicjanta: Polski, walczącej z hitlerowskimi Niemcami od pierwszego dnia wojny do ich bezwarunkowej kapitulacji. Polska niewątpliwie zasłużyła na zaproszenie do San Francisco, lecz na przeszkodzie stanął spór między mocarstwami o kształt polskiego rządu. Nikt z uczestników nie chciał narażać się triumfującemu Stalinowi.

Pianista, już niemłody i drobnej budowy, posiwiały, jednak u szczytu światowej sławy- wirtuoz Artur Rubinstein, obywatel Stanów Zjednoczonych Ameryki usiadł do fortepianu po dłuższej chwili, upewniwszy się, że niemal wszyscy na widowni powstali. Znów zawiesił palce w powietrzu nad pianinem, jakby szukając inspiracji, wahając się, delektując się ciszą. Być może myślał o swoim dzieciństwie spędzonym w zubożałej wspólnocie żydowskiej miasta Łodzi, może wspominał miodową elewację kamienicy przy Piotrkowskiej, w której się wychowywał, może skromny warsztat tkacki ojca? Może wspomniał zniszczony cmentarz, na którym pochowano jego rodziców i ulice, na których każdy dom przypominał mu kogoś drogiego, niewinnie zamordowanego w czasie wojny.

Rozpoczął grać Hymn Polski, jakby grał mazurka Chopina. Delikatne, subtelne, nostalgiczne brzmienie przypominające ludowego mazura „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy…” przechodziło w smutne i refleksyjne „Już tam ojciec do swej Basi mówi zapłakany”, na koniec wybrzmiewając w rytmie marszowym, jakby tymi mniej znanymi zwrotkami:

„Niemiec, Moskal nie osiędzie,
gdy jąwszy pałasza,
hasłem wszystkich zgoda będzie
i ojczyzna nasza.
Na to wszystkich jedne głosy:
"Dosyć tej niewoli
mamy Racławickie Kosy,
Kościuszkę, Bóg pozwoli".

Gdy skończył grać, na sali zapadła cisza. Ta najcenniejsza cisza, wypełniona wzruszeniem i powagą. Nie tylko podziwem dla wirtuozerii mistrza, ale też jakby pospiesznym rachunkiem sumienia i refleksją nad pustym miejscem na deklaracji założycielskiej, w którym zabrakło polskiego podpisu…
Po chwili rozległy się huczne brawa. Na stojąco. Nie wszyscy jednak klaskali. Nie klaskał wąsaty mężczyzna o nieskomplikowanej twarz, z drucianym binoklami osadzonymi na wydatnym nosie. Wiaczesław Skriabin- zwany Mołotowem, przez niektórych nazywany, ze względu na swój upór, „żelaznym tyłkiem”. To Churchill powiedział o nim, że „nigdy nie widział człowieka, który lepiej reprezentowałby nowoczesną koncepcję robota”, Człowiek młot nie klaskał. Ręce zacisnął w pięści. Był wściekły.

W 1945 r., podczas uroczystości podpisania Deklaracji Narodów Zjednoczonych w San Francisco, oburzony brakiem polskiej flagi, Rubinstein zmienił program koncertu. „Zagram hymn narodu, którego przedstawicieli tu nie ma, ale który pierwszy chwycił za broń i przeciwstawił się złu” – to powiedziawszy wykonał "Mazurka Dąbrowskiego". Wielka Brytania i USA nie zaprosiły przedstawicieli polskiego rządu na uchodźstwie, bo obawiały się reakcji ZSRR.

Wtedy Artur Rubinstein był u szczytu sławy, ale swój pierwszy publiczny występ (w wieku lat siedmiu) zapamiętał głównie za sprawą nagrody- czekających w garderobie czekoladek Wedla… Było to jedynie preludium do światowego życia. Prawdziwy sukces zapoczątkował koncert 1 grudnia 1900r. w berlińskiej Beethoven-SaalOto. Rubinstein stał się jednym z największych interpretatorów dzieł Chopina, Brahmsa, Mozarta, Beethovena. Z czasem stając się także bywalcem nadrożnych restauracji, klientem najdroższych krawców i hazardzistą…

Oto garść wspomnień dziewiętnastoletniego pianisty z Paryża: "Popołudnia spędzaliśmy na wyścigach, jeśli akurat tego dnia się odbywały, lub hazardując się w którymś z paryskich klubów, albo też na prywatnej partyjce pokera-była to jedyna pora dnia, kiedy mogłem czasami być sam i ćwiczyć lub czytać. O zachodzie słońca nowe spotkanie w barze wytyczało program na resztę wieczoru, a zwłaszcza na noc. Mieliśmy słabość do music-halli, do francuskich cafe-concerts w dolnej części Pól Elizejskich, przeważnie na świeżym powietrzu. [...] Po spektaklu oczywiście kolacja, zwykle u »Maxima«, gdzie mieliśmy zarezerwowany najlepszy, narożny stolik. Noc kończyliśmy najczęściej na Montmartrze, w którymś z kabaretów-szczególnie en vogue. Przez całą noc piło się wyłącznie szampana, rzadko też trafiałem do łóżka przed czwartą rano!"

Wystawne życie ponad stan miało swoje konsekwencje. Lombardy, w których zastawiał swoje rzeczy, zakazy wstępu do lokali i hoteli, w których nie uregulował rachunku. Na początku 1908 roku, nie mając propozycji koncertowych, zatrzymawszy się w Berlinie, utknął tam na dobre. Nie stać go było na dobry nocleg, posiłek a tym bardziej na bilet kolejowy. Zdesperowany któregoś dnia próbował się powiesić w łazience podrzędnego hotelu. Leżąc na podłodze, przysiągł sobie „kochać życie na dobre i na złe, nie stawiając żadnych warunków”. Tej dewizy trzymał się do końca, choć warunki jego życia po przeprowadzce do Stanów Zjednoczonych Ameryki uległy radykalnej poprawie. Ówcześnie wielu pianistów osiągnęło sławę, ale tylko jednemu udało się pogodzić popularność muzyka z opinią „króla życia". Artur Rubinstein nie ukrywał swoich upodobań, jego pamiętniki poświęcone są trzem głównym tematom: muzyce, kobietom i wytwornemu jedzeniu. Był kosmopolitą i globtroterem- władał ośmioma językami, w ciągu swego życia zamieszkiwał w Polsce, Niemczech, Francji, Anglii, USA, Hiszpanii i Szwajcarii. Dzięki talentowi zdobył fantastyczny majątek, co umożliwiło mu prowadzenie luksusowego życia, o którym zawsze marzył. Doskonale czuł się na salonach możnych tego świata, zawsze potrafił skupić na sobie uwagę otoczenia. Był prawdziwą "duszą towarzystwa", wspaniałym gawędziarzem, atrakcją każdego wieczoru.

"Gdy Rubinstein był obecny na tych przyjęciach-wspominała pianistka Eunice Podis- jadł, palił cygara, pił szampana i robił to, co potrafił chyba najlepiej, oczywiście oprócz gry na fortepianie-to znaczy opowiadał cudowne historie. Nadal doskonale pamiętam, jak świetnie się wtedy bawiliśmy. Zawsze był duszą przyjęć-kochał nastrój biesiadny. Dobre życie było bardzo ważną stroną jego wizerunku. Miał silną osobowość i był bardzo sympatyczny. Chciał być sympatyczny- to było dla niego ważne".

Niewiele osób pamięta o tym, że wybitny pianista został uhonorowany Oskarem. Otrzymał tę nagrodę za film dokumentalny „Rubinstein: L’amour de la vie” („Rubinstein: Pasja życia”). Żeby na własne oczy obejrzeć jego oscarową statuetkę, wystarczy udać się do… Muzeum Historycznego Miasta Łodzi (w Pałacu Israela Poznańskiego), gdzie znajduje się gablota prezentująca wszystkie medale i odznaczenia, jakie w ciągu swojego życia otrzymał Rubinstein. Jej zwieńczeniem jest złota statuetka akademii filmowej.

Artur Rubinstein zmarł wieczorem 20 grudnia 1982 roku, na miesiąc przed swoimi dziewięćdziesiątymi szóstymi urodzinami. Pozostał wzorem nie tylko dla melomanów, ale też dla tych, którzy szukają wzorów nowoczesnego, inkluzowego patriotyzmu i odwagi.

Polska finalnie została uznana za pierwotnego członka konferencji, a w Nowym Jorku, w głównej siedzibie ONZ do dzisiaj stoi pomnik Artura Rubinsteina.


Przemysław Krajewski
 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X