27.12.2020, 11:00

Być Hermioną Granger

Magda Sendecka lubi rozmawiać jako psychoterapeutka i jako dziennikarka z filmowcami, bo jej pierwszy fach to filmoznawstwo. Przygotowane dla niej wcześniej pytania na wywiad poszły w kąt. Zero gotowych rozwiązań. Trzeba było wspiąć się na wyższy poziom i przyjąć zaproszenie tej wyjątkowej istoty do przewietrzenia głowy. Było warto! Cieszyć się trzeba, że już niebawem wraca Nowy Tygodnik Kulturalny, gdzie Magda mówić będzie o filmach, teatrze i książkach.

 

Na naszych oczach zmienia się też świat filmu. Jest jednak coś, co pozostaje bez zmian. Emocje. Wciąż mamy z nimi problem. Jest jakiś film, który może pomóc w ich zrozumieniu?

Właściwie wszystkie! Ale jeśli podążamy za emocjami bohaterów, rzadko mamy czas i ochotę na ich analizowanie. Jeśli natomiast pytasz o film, który może być pomocny w rozumieniu świata emocji, to lekturą obowiązkową jest animacja Pete Doctera sprzed kilku lat „W głowie się nie mieści”. Dla dzieci ale i dla dorosłych. Szkoda, że w naszych szkołach nie ma psychoedukacji. Żylibyśmy w nieco lepszym świecie.  

Dziękować należy za filmy i za artystów, bo oni mają wiedzę o emocjach?

Muszą mieć, inaczej nie uprawialiby sztuki. Kultura nie jest tylko jakimś ozdobnikiem, dostarczycielką wytchnienia po ciężkiej pracy, ale również narzędziem rozumienia samego siebie i świata. Kiedy idziesz do kina czy do teatru, wchodzisz w rzeczywistość inną od twojej. Możesz się zdziwić i ją odrzucić, ale możesz też się zachwycić albo zaciekawić. Ale chyba zaczynam przynudzać, a ta edukacyjna czy terapeutyczna funkcja sztuki najlepiej się spełnia, kiedy odbywa się niejako przy okazji, a jest ubrana w naprawdę atrakcyjną formę. Tak jak w jednym z pierwszych seriali premium, chyba już sprzed 20 lat, moim ukochanym „Sześć stóp pod ziemią”. To wspaniała historia przedsiębiorców pogrzebowych z Los Angeles, w której oglądamy ludzi przeżywających najróżniejsze komplikacje i zaburzenia emocjonalne. Opowiedziana i zagrana tak, że w 2 tygodnie połknęłam 7 sezonów. To może zabrzmi paradoksalnie, ale uważam, że to świetna lektura na Święta. Zwłaszcza tak nietypowe i obarczone tak trudnymi emocjami, jak tegoroczne.

Kino możne być formą terapii?

To zależy, co rozumiemy przez terapię. W sensie ścisłym na pewno nie. Ale w szerokim – tak. A doświadczenie zanurzenia w ciemnej sali i kontaktu z ekranem, na którym pojawiają się cienie, jest wyjątkowe – pisali zresztą o tym teoretycy kina.

Teraz, kiedy pracujesz z pacjentami online, jest trochę podobnie, jak w kinie?

Pandemia przyniosła ważną wiedzę – terapia na odległość działa. Jest czasem trudniej, czasem łatwiej, a przede wszystkim inaczej. Ale i ja, i pacjenci tęsknimy do spotkań w realu. Także do tego, że trzeba wyjść z domu, po drodze na sesję można pomyśleć, wracając – ochłonąć z emocji. Nie – jak teraz – zamknąć komputer i rzucić się w wir domowego życia albo przełączyć na służbowe spotkanie na zoomie. Więc plan jest taki: zaszczepić się w najszybszym możliwym terminie i wrócić do gabinetu.

I do kina…

O tak! I do teatru. Prawie płakałam ze wzruszenia, oglądając streaming live z premiery „Burzy” Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa. Co tu dużo gadać – strasznie do tego tęsknię.   

Jak się w ogóle zaczęła twoja przygoda z kulturą?

Nauczyłam się czytać jako 4-latka. Pochłaniałam książki masowo: od Koziołka Matołka szybko przeszłam do Trylogii Sienkiewicza, a potem do Iwaszkiewicza, Conrada, Becketta, dramatów amerykańskich – mieliśmy dobrze zaopatrzoną szkolną bibliotekę, w domu też było tego trochę. A te same dramaty O’Neilla czy Tennessee Williamsa można było zobaczyć w poniedziałkowym Teatrze Telewizji. W kinie oglądałam komedie z Luisem de Funesem, ale olśnieniem był „Amarcord” Felliniego czy „Wniebowstąpienie” Łarisy Szepitko. A z drugiej strony – „Wesele”, „Brzezina” czy potem „Czowiek z marmuru” Wajdy, oglądany na jakimś półlegalnym pokazie z kuzynką – studentką. W telewizji, tej strasznej komunistycznej telewizji, można było zobaczyć Antonioniego i Bergmana, a projekcje poprzedzały wykłady profesora (może wtedy jeszcze docenta?) Aleksandra Jackiewicza i Jacka Fuksiewicza.

Lubili cię koledzy w szkole?

Rozumiem, o co pytasz. Od dziecka walczyłam ze stereotypami, nie chciałam się wpisywać w wizerunek kujonki. Dziś możesz być Hermioną Granger, która ratuje innych z opresji korzystając ze swojej wiedzy, wtedy radziłam sobie, zwiewając z lekcji pod pretenstem kupowania biletów do kina dla całej klasy (śmiech). Ale okazji do integracji było więcej. Robiliśmy gazetkę ścienną pod szumnym tytułem „Młodzieżowy Miesięcznik Kulturalny”, do której pisaliśmy sążniste artykuły. Pamiętam swój o Wielkiej Reformie Teatralnej i esej kolegi – dziś ordynatora w jednym z warszawskich szpitali – o poezji Mirona Białoszewskiego. A nasza polonistka Zofia Pacześna latem zabierała nas w Tatry. Organizowaliśmy te obozy wędrowne z półrocznym wyprzedzeniem (rezerwacja noclegów w schroniskach graniczyła z cudem, ale się udawało), a potem śmigaliśmy po Orlej Perci, a na Zawracie czytaliśmy wiersze Kasprowicza, Tetmajera i – jakże by inaczej - Iwaszkiewicza. A w szkole każdy pretekst był dobry, żeby wystawić jakiś spektakl albo coś w rodzaju kabaretu. Działo się. Mogłabym długo jeszcze opowiadać, ale widzę lekkie przerażenie w twoich oczach (śmiech) – wracamy do teraźniejszości?

Co widziałaś ostatnio w kinie online, czym warto się zainteresować?

W chwili otwarcia kin zdążyłam zobaczyć kilka filmów, które teraz są już w sieci albo na DVD. Właśnie wyszła płyta z moim numerem 1 tego roku, „Babyteeth” australijskiej reżyserki Shannon Murphy. Skromne kameralne kino przejmujące do głębi. O odchodzeniu ale przede wszystkim o sile i wartości życia. Koniecznie paczka chusteczek w pakiecie, ale warto TAK płakać. Skoro mówimy o psychoedukacji, to zainteresowanym mogę polecić niezwykle uczciwy niemiecki „Błąd systemu” o dramacie niechcianego, straumatyzowanego dziecka. Ale nie przesadzajmy – to nie jest lektura na Święta. Za to na pewno pięknym świątecznym prezentem może być ubiegłoroczny „Portret kobiety w ogniu”. A dla miłośników kryminałów w starym stylu – przewrotne „Na noże”.

Masz jakiegoś reżysera, który łapie cię za gardło bez stosowania tych narzędzi, które mają wpływać na widza, by nie przełączył filmu? Co musi być takiego w obrazie, że siedzisz i pochłaniasz ekran?

Ostatnio „Eastern” Piotra Adamskiego, który w kinach był przez sekundę. Łapie za gardło w sposób, jaki najbardziej lubię: zaczynam oglądać i nie potrafię zdefiniować sytuacji, próbuję gorączkowo zrekonstruować reguły, jakie rządzą oglądaną rzeczywistością. A potem jest tylko lepiej.

Druga rzecz, która mnie tak złapała, choć w zupełnie innym tonie i formie, to kolejny polski debiut – „Supernova” Bartosza Kruhlika. Zaczyna się od ciosu w żołądek, a potem...

Co lubisz w swoich zawodach najbardziej? Coś je łączy?

Rozmawianie. Uwielbiam słuchać – i w obu rolach to robię. W terapii to ma określone ramy, w dziennikarstwie bywa, że gadam z kimś trzy godziny, a potem z 70 tysięcy znaków trzeba zrobić 16 tysięcy, żeby się zmieściło na łamach. Ale, co sobie pogadałam, to moje!

Z kim wspominasz najmilej rozmowę?

Jest wiele takich ważnych rozmów, ale wymienię dwie, obie dla dla portalu Legalna Kultura, z którym współpracuję: w 2018 roku rozmawiałam z Andrzejem Barańskim. To była ważna, długa rozmowa o życiu. A rozmowę z Jerzym Gruzą z okazji nagrodzenia go Platynowymi Lwami Festiwalu w Gdyni on sam uznał za świetne podsumowanie całego swojego dorobku. Ale równie miło wspominam rozmowy z Marcinem Dorocińskim, ostatnio z Kaliną Alabrudzińską (jej film o terapii grupowej „Nic nie ginie chyba można jeszcze obejrzeć w sieci) i wszystkie rozmowy w Starym Teatrze w Lublinie – dostępne w streamingu na stronie Teatru. 

W Nowym Tygodniku Kulturalnym będziesz rozmawiać z filmowcami krótko i na temat?

Tygodnik to z kolei zupełnie inna jakość rozmowy. Gość to tylko wisienka na torcie. A program nie ma formuły wywiadu, tylko rozmowy krytyków. A że znamy się i kochamy jak łyse konie, uwielbiamy nasze spotkania, kochamy się spierać – poznawać opinie innych i walczyć o swoje racje. A czasem zmieniać zdanie pod wpływem przekonujących argumentów, które pozwalają spojrzeć inaczej na książkę, spektakl czy film. Wiem, że nasi widzowie kochali stary Tygodnik z tych samych powodów – dlatego tak się cieszę, że wracamy!  

Jak sobie radzisz z tym ogromem emocji od pacjentów, i z filmów, które też je przekazują. Jak się oczyszczasz z tego bagażu?

Oczywiście, jak każdy profesjonalista, korzystam z superwizji. Ale na co dzień pomaga muzyka. I wędrówki po Parku Skaryszewskim.

 

MAGDA SENDECKA Absolwentka filmoznawstwa na UJ i Krakowskiego Centrum Psychodynamicznego, krytyczka filmowa, psychoterapeutka. Publikuje w „Kinie” i „FilmPRO”. Współpracowniczka Centrum Kultury Filmowej im. Andrzeja Wajdy. Kuratorka programu filmowego lubelskiego Teatru Starego.

rozmawiała: Jowita Kamińska

 

 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X