22.12.2020, 08:45

Aneta Myśliwiec: cieszę się życiem

Mentorka, fanka gór i lodowatych kąpieli. Swoje marzenia i pasje zmienia w rzeczywistość. Dama pełna pasji, po prostu Aneta Myśliwiec - Maksymalistka. 

 

Katarzyna Krauss: Jesteś maksymalistką? W czasach, kiedy większość stawia na minimalizm…

Aneta Myśliwiec: Kiedy nadawałam moim przedsięwzięciom nazwę Maksymalistka, nie funkcjonowało jeszcze tak dobrze pojęcie minimalizmu. Kiedyś w rozmowie z pewnym coachem, podczas moich drugich studiów (tym razem wymarzonych, psychologicznych), usłyszałam jako podsumowanie mojej opowieści o dotychczasowej drodze życia: „Ty jesteś maximizer!” Pierwszy raz słyszałam to słowo, ale musiałam przyznać, że pasuje do mnie. Miałam do tej pory szczęście pracować z pasją, prowadziłam firmę wspólnie z byłym mężem, czas jej tworzenia, budowania, to był jeden i ciągły wzrost. Wszystko co inicjowałam, pojawiało się, rosło, owocowało. Miałam wtedy dwadzieścia kilka lat. Podejmowałam każde ryzyko. Nie myślałam o niczym innym niż o sukcesie. Ale nie nazywałam tego tak. Po prostu gdy coś, co rozpoczęłam, to musiało to zostać dokończone i to dokończone w najlepszej możliwej wersji. Stąd coach po wysłuchaniu mnie postawił „diagnozę”: maksymalizm. Zamieniłam angielskie słowo na polskie. I tak kilka lat później nazwałam moją pierwszą samodzielną działalność. Dlatego maksymalizm w tym rozumieniu nie jest przeciwieństwem minimalizmu. Osobiście jestem zwolennikiem posiadania i używania tylko takiej ilości przedmiotów, jakiej naprawdę potrzebujemy do życia oraz – z umiłowania do natury – dążę do minimalizowania dóbr, jakie uważamy za niezbędne do funkcjonowania. Natomiast maksymalizm w moim rozumieniu, w przypadku mojej historii, oznacza życie z pasją, podejmowanie działań i angażowanie się w nie maksymalne, bo tylko wtedy powstaje coś naprawdę dobrego, dopracowanego, z sercem i duszą. I ludzie to czują. Nie ma kreacji bez autentyczności. To dziś jedna z kluczowych wartości.

Kim właściwie jesteś? Jak się określasz: coach, bizneswomen? Nie obciąża taka ilość zadań?

Mentorem. Psychologiem od Praktycznej Psychologii Życiowej. Morświnką. Kobietą, matką, partnerką. Dziewczyną z bujną wyobraźnią. Przedsiębiorcą. Dzieckiem wsi i lasu. Niedoszłym terapeutą. Etap tylko coachingu mam już za sobą. Etap bizneswoman również zakończył się z chwilą opuszczenia firmy. Dziś łączę całą zdobytą wiedzę oraz doświadczenie, by tłumaczyć ludziom, kobietom życie w sposób bardziej przystępny. I inspirować do zmiany. Jestem firmą. Jednoosobową. Zatem jestem wszystkim. Od pomysłodawcy do wykonawcy. To trochę inaczej niż w większej firmie, gdzie można zlecić zadania poszczególnym działom, osobom. Z tego punktu widzenia jest to czasowo i emocjonalnie bardzo wymagające. Stworzyłam cztery marki (plus jedna w trakcie). To dużo jak na jedną osobę. Często słyszę od znajomych, od osób z którymi współpracuję, od klientów, że nie są w stanie pojąć, jak ja to robię, że pracuję, wyjeżdżam, morsuję, uczę, przemawiam, pomagam, jestem tu, a już za chwilę tam, chodzę po lesie, bawię się z psem, czyli wszystko to, co można zobaczyć na moich fanpage-ach, na Fb i IG. Fakt, był jakiś czas temu tak trudny czas, że już myślałam, że nie podołam, że muszę z czegoś zrezygnować. I nadszedł covid. I pojawił się czas na przemyślenia, odpoczynek, pewne aktywności odeszły na bok. Pojawił się czas dla siebie. I to mnie w pewien sposób uratowało. Pozwoliło wyhamować. Nabrać dystansu. Przemyśleć dalsze działanie. Zrewalidować cele. Zatem przyznaję, że w pewnym momencie, mówiąc o harmonii i balansie, sama się poważnie zachwiałam. Niesamowicie w tym czasie pomógł mi las, długie spacery i wędrówki. No i zimna woda. To mój eliksir życia, energii, siły i dobrego nastroju. Chyba nawet nie zdaję sobie do końca sprawy, jaką moc i wpływ ma na mnie siła natury i obcowanie z nią. To taka moja refleksja z ostatniego tygodnia. Dużo myślę. Obserwuję siebie. Staram się być uważna. Odbierać sygnały zawczasu. Zmieniać decyzję, jeśli trzeba. Najlepiej jak najwcześniej. Pamiętam o priorytetach. Są nimi moi bliscy i ja sama. Moje zdrowie i kondycja. I ta psychiczna jak i fizyczna. Bez równowagi pomiędzy tymi dwoma obszarami nie ma dobrostanu. Stąd nazwa mojej grupy: „Maksymalny Dobrostan”.

Cały czas się dokształcasz. Skąd czerpiesz motywację?

Uwielbiam wiedzieć. Rozmieć. Nie wyobrażam sobie życia bez świadomości. Czytam. Kocham książki. One kryją całą wiedzą o świecie. Ale bardzo lubię i cenię słowo mówione. Dlatego korzystam z okazji posłuchania moich mentorów na żywo. Kursy, szkolenia, warsztaty. Naukę w formie akademickiej, szkolnej już zakończyłam. Przerwałam kurs terapeutyczny, ponieważ jako terapeuta nie mogłabym w sposób swobodny pracować z klientem. Terapia narzuca pewne normy. Dlatego teraz pracuję i piszę w swoim stylu. Jestem ciekawa i chłonna wiedzy z różnych źródeł, kanałów. Oczywiście tej popartej naukowo. A tak naprawdę uczenie się oznacza otwartość. Jeśli więc jesteś otwarty, inspirację znajdujesz w każdej minucie swojego życia, w każdym miejscu, w każdym człowieku. Ja po prostu kocham działanie, tworzenie, organizowanie, ulepszanie. Pomysły pączkują w mojej głowie poza moją wolą (śmiech). Takie uwarunkowanie. Ale dziś już na tym etapie życia uczę się częściej rezygnować z realizacji ich wszystkich. Aktualnie jestem właśnie na etapie pożegnania z jedną z moich dróg, takiego porządkowania, upraszczania życia.

Zarządzałaś firmą, dlaczego zrezygnowałaś? Czy porzucając to, postanowiłaś zająć się coachingiem? Tak robi dużo kobiet. Czy według ciebie wynika to z braku zachowania dystansu do życia osobistego. Kobiety zbyt angażują się w pracę?

To była średniej wielkości firma. Nic mnie w niej nie męczyło. To wtedy ukułam w głowie hasełko: „Moja praca, moja pasja” I tak już zostało. A przyczyną rozstania z moim „pierwszym dzieckiem” było… rozstanie. To jedna z najtrudniejszych życiowych decyzji. W moim przypadku podwójnie trudna. Rozwód i pożegnanie z firmą. Ale dziś już praktycznie wiem to, co wiedziałam wtedy, gdy radykalnie zmieniałam swoje życie. Że muszę iść dalej swoją drogą. Niełatwą, na początku. Ale najważniejsze rzeczy w życiu nie przychodzą łatwo. Podjęłam ogromne ryzyko. Ale warto było. Dziś nie ma rzeczy, o której mówię, a której nie przeżyłabym na własnej skórze. Ale to prawda. To kobiety częściej wybierają duchową pracę z człowiekiem. I chętniej zaglądają w głąb ludzkiej duszy. Jesteśmy uważne, empatyczne, współczulne, ale też i częściej uprawiamy autoterapię. Często praca z klientem w wydaniu kobiecym jest nie tylko przesycona pełnym zrozumieniem, ale i „pomaga” kobietom w uporządkowaniu ich własnych spraw. Oczywiście podobnie jak w terapii prowadzący powinien być wolny od takich wpływów na pracę z klientem, a przynajmniej świadomy. Ale bywa różnie. Oczywiście w terapii jest to przestrzegane i wymagane. I rzeczywiście my kobiety pełne zaangażowania, bo to trzeba powiedzieć głośno po raz któryś, pracujemy z ogromną pasją, jesteśmy dokładne, rzetelne, pełne pasji, często perfekcjonistyczne. Tych przymiotów mogłabym wymieniać jeszcze wiele, to wszystko sprawia, że tracimy często dystans. Ze chcemy robić wszystko na poziomie naj, tak jak się tego od nas oczekuje albo jeszcze lepiej. Skutek jest taki, że nie jesteśmy w stanie podołać wszystkiemu. Gubimy się. Ale też częściej i chętniej próbujemy sobie same pomóc, jako że lubimy i umiemy mówić o tym, co nas boli. Przed kobietami w dzisiejszych czasach stoi wyzwanie rezygnacji. To o czym mówiłam wcześniej. Wybierać znaczy rezygnować. Ten świat oferuje nam bardzo dużo. Aż za dużo. A doba ma nadal 24 godziny. Magia rezygnacji. Cud wyboru. Siła decyzji.

Kochasz książki. Możesz coś polecić czytelnikom?

Kocham książki. Mam ich dość sporo. W tym dużo psychologicznych. Naukowych. Nie poradników (uśmiech). Co roku odwiedzam Targi Książki. Wbrew pozorom wiele nauk o życiu można znaleźć w nie-poradnikach. Najwięcej w biografiach. Wciąż jeszcze lubię powieści. Szczególnie te o nieoczywistym zakończeniu. Coraz częściej sięgam po literaturę faktu. Tutaj polecam książkę, która pomaga uświadomić sobie sytuację, jaka ma miejsce w Polsce: „Wakacje w Trzeciej Rzeszy” Julii Boyd. Przeczytałam większość dzieł Olgi Tokarczuk. To są książki pisane wyjątkowym językiem, który być może nie każdemu będzie odpowiadał, ale mnie ich lektura odrywa dosłownie od ziemi. Bardzo lubię i polecam biografie. Z kobiecych i jednocześnie przedsiębiorczych na przykład Heleny Rubinstein. Ostatnio zgłębiam wiedzę o zimnie, zatem aktualnie czytam kolejną książę mówiącą o metodzie Wima Hofa Holendra zwanego Icemanem, który podobnie jak ja jest związany z górską stolica morsów, czyli Przesieką. No, a jeśli ktoś pragnie poznać moim zdaniem źródło dzisiejszej wiedzy o tym jak żyć, wiedzy która została rozsiana po tysiącach kolejnych poradników i na której podstawie powstają kolejne, to wystarczy sięgnąć po dwie kluczowe i pierwsze z najpierwszych pozycji w temacie samorozwoju. Joseph Murphy „Potęga podświadomości” oraz Lousie L.Hay „Możesz uzdrowić swoje życie”. O książkach mogę długo (uśmiech).

Kolejną twoją pasją są Góry!

Ach, z tymi górami przydarzyła mi się niesamowita historia. Chwilę po tym, jak zakochałam się w Karkonoszach, natknęłam się tam na obiekt z niezwykłą aurą i historią. Stary, ostatni już taki, poniemiecki basen kąpielowy zasilany wodą z górskiego potoku, z budynkiem pełniącym w przeszłości funkcję infrastruktury tego kąpieliska. I tak nim zdążyłam rozchodzić się po Karkonoszach, stałam się opiekunem hektara z wodą i domem. A gdy się nim stałam, to jak to Maksymalistka zaczęłam działać z rodziną. Remontować, naprawiać, budować, odświeżać. Trwa to już 8 lat i w tym roku mogę z dumą powiedzieć, że zakończyliśmy najważniejszy etap zadbania o to piękne miejsce. I to właśnie w Przesiece czekał na mnie wodospad i zimna woda. To niesamowite jak nieprzypadkowo pojawiasz się gdzieś, zapuszczasz korzonki i z czasem odkrywasz, że to miejsce ma coś dla Ciebie. Coś dobrego. Coś do końca życia. Bo to właśnie chciałabym robić do końca życia. Wchodzić do bardzo zimnej wody. A z samymi górami historia dopiero się zaczyna. Wraz z moją koleżanką Anią, przewodniczką sudecką, właśnie pracujemy nad projektem dla kobiet, który połączy obie nasze pasje i będzie związany z rozwojem, wsparciem kobiet, duchowością i górami oczywiście. Premiera po ustaniu zagrożenia epidemicznego.

Następna pasja to morsowanie. Skąd się wzięła i co Ci daje? Preferujesz ponoć grupowy morsing…

Nie, tylko nie morsing grupowy (śmiech). Już tłumaczę dlaczego. Owszem, gdy wprowadzam nowe osoby pierwszy raz do wody jesteśmy razem. Ale później im nas mniej tym lepiej. Najpiękniejsze chwile uniesienia przeżywam wtedy, gdy jestem sama. Oczywiście przy kąpieli w wodospadzie zawsze ktoś winien czuwać „na brzegu”. Ale gdy morsuję w przydomowym basenie, te chwile, gdy jestem zanurzona po brodę w lodowatej wodzie, a jednocześnie patrzę na wschód słońca za drzewami lasu albo na księżyc po drugiej stronie nieba, to są chwile, gdy słowa wdzięczności i miłości same cisną się na usta. I najczęściej wypowiadam ja na głos. Pisałam już o tym na moim fanpage. Że to zjednoczenie z żywiołem jest chwilą najpiękniejszej modlitwy. To jest przeżycie bardzo mocne fizycznie, bo pamiętajmy, że organizm nie mając jak uciekać podejmuje walkę o przeżycie. A Ty w tej samej chwili odczuwasz miłość, spokój, ukojenie. Znajomi mówią, że nikt tak nie pisze o morsowaniu jak ja (śmiech).  Nie chciałabym, aby to zabrzmiało bałwochwalczo. Ja po prostu próbuję oddać słowami to dobrodziejstwo, jakie ma dla nas matka natura. To jest dla mnie niezwykłe odkrycie, że dopiero w drugiej połowie życia obudziło się we mnie to, co czuli i robili mój Tato i Dziadek. Obserwacja natury, przewidywanie pogody, umiłowanie do przyrody, spacery po lasach, chodzenie na bosaka, zbieranie darów lasów i pól, i wiele, wiele innych. To wszystko odziedziczyłam, mam to we krwi, kochałam od dziecka, a teraz świadomie idę w tym kierunku. I zapraszam do tej przygody innych.  

Morsowanie nie ma złych stron, minusów. Owszem, przy zbyt długiej ekspozycji na zimno narażamy się na ryzyko utraty zdrowia, a nawet życia. Ale przy braku przeciwwskazań medycznych, morsowanie i w ogóle jakakolwiek ekspozycja na zimno to samo dobro. Uodparnia, hartuje, wzmacnia fizycznie, uzdrawia, dodaje energii, witalności, ujędrnia skórę. To tylko niektóre zalety. Ale dla kobiet, zawsze powtarzam, że zmierzenie się z zimną wodą ma o wiele większe znaczenie. Jest symbolem buntu, decyzji, odwagi, zmiany, porzucenia strefy komfortu, wyzwania, siły, mocy, miłości do siebie. Można przeczytać wiele książek, uczestniczyć w wielu szkoleniach, warsztatach, słuchać mądrych ludzi, ale tym, co nas zmienia jest doświadczanie. Doświadczanie na własnej skórze. Dosłownie (śmiech).

No i pamiętajmy, że pokolenie naszych dziadków, a nawet i rodziców żyło z zimną wodą za pan brat. Zimna woda w studni. Toalety na zewnątrz. Srogie zimy. Nieogrzewane, drugie izby w wiejskich chałupach. Nasze babki, prababki hartowały się na co dzień. I były całkiem harde i zdrowe.

Są też w twoim życiu psiaki rasy CAO. To górskie smyki. Jak zapewniasz im naturalne warunki i za je cenisz?

Smykiem jest nasz mały JRT Rolek, słodki zbój. A CAO, czyli owczarki środkowoazjatyckie, to niesamowite psy. Zakochałam się w tej rasie od pierwszego wejrzenia. Azjata jest określany mianem „dostojnego mędrca”. To niesamowicie zrównoważona, duża, dumna i doskonale stróżująca rasa. Zatem potrzebny jest obiekt do pilnowania. Idealne do tego celu jest podwórko. Przestrzeń. A ciekawe, że padło to pytanie, o psy, bo moja pasją jest również praca z psami i ludźmi. Uprawiam w ramach jednej ze swoich marek nowoczesny trening zwierząt, czyli taki sposób pracy z psem, jaki jest praktykowany na świecie. Praca z psami i ludźmi wymaga nie tylko wiedzy trenerskiej, ale właśnie również psychologicznej, pedagogicznej, dydaktycznej, jako że, aby móc wpłynąć na naszego ukochanego czworonoga, zmianę zaczynamy od… siebie. (Uśmiech.)

Co daje Ci dystans do rzeczywistości. Zdradzisz swój sekret na odstresowanie?

Uwielbiam samotne wieczory, kiedy dom już śpi, moi bliscy śpią, śpią moje psy. Cisza w nocy jest inspirująca i daje czas i przestrzeń do refleksji. Wspaniale relaksuję się w lesie, chodząc z psami. Piszę. Niewiele osób wie to ode mnie, choć już zapewne sporo zauważyło, że piszę. Publikuję swoje teksty na Fb. Planuję wydanie książki. Pisanie pozwala mi na przeżywanie wszystkiego w pełni. Staram się zażywać zimnej kąpieli każdego dnia w sezonie. A jeśli czuję jakieś większe emocje, wówczas wchodzę do wody i oddaję jej te napięcia również w ciągu dnia. Bardzo wspiera mnie miejsce, w którym żyję. Dom w małej wsi na pograniczu opolskiego i śląskiego, wśród lasów, to moja oaza. To jedna z dwóch najważniejszych decyzji. Miejsce, w którym żyjesz. I to, z kim dzielisz swe życie. Nie byłabym tutaj, gdzie jestem, gdyby nie moja wspaniała Córka i osoba mojego partnera, człowieka którego kocham, szanuję i podziwiam. I który wspiera mnie we wszystkim, co robię. Jestem szczęśliwa, gdy możemy być razem w naszym przytulnym domu pod lasem, wśród drzew i pól pachnących o każdej porze roku. Życie bardzo mi sprzyja. Ale ja zawalczyłam o to, by móc czuć, że na to w pełni zasługuję. I tym dzielę się z kobietami. Praktyczną wiedza o tym, jak lepiej żyć.

Rozmawiała: Kasia Krauss

 
 

Komentarze

 
 

Dodaj Komentarz

Partnerzy

Newsletter

Zapisz się na newsletter

Damosfera InstagramDamosfera Youtube


Copyright 2014 by Damosfera
Projekt i realizacja JMC.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X